Wszystkie wpisy, których autorem jest Author

Uroczystość św. Piotra i Pawła, 29.06.2014

Drodzy Wierni!

Czytamy w Psalmie: „Dziwny jest Bóg w świętych swoich” (Ps 67, 36). Dziwny, przedziwny jest nasz Stwórca, w każdym ze swoich świętych, bo w każdym była ludzka słabość przezwyciężona przez łaskę, każdy był wzniesiony ponad człowieka, ponad tę ociężałość cielesną, która nas trzyma przy ziemi, chociaż duch pragnie wzlecieć ku niebu: „Duch ci wprawdzie jest ochotny, ale ciało mdłe” (Mt 26, 41). Każdy jaśniał cnotą dla nas niepojętą, każdy gotów był wszystko poświęcić dla swojego Zbawiciela, każdy mógł powtórzyć o sobie wzniosłe słowa św. Pawła: „Któż tedy nas odłączy od miłości Chrystusowej? utrapienie? czyli ucisk? czyli głód? czyli nagość? czyli niebezpieczeństwo? czyli prześladowanie? czyli miecz? Ale w tym wszystkim przezwyciężamy dla Tego, który nas umiłował” (Rz 8, 35-37). Jeżeli jednak w każdym z owej niezliczonej rzeszy wybranych trzeba podziwiać moc Bożą, która sprawiła, że Mu się całkiem oddali, to cóż powiedzieć o tych dwóch – największych z pomiędzy Apostołów, o tych najpotężniejszych filarach Chrystusowego Kościoła, o św. Piotrze i Pawle? Przez nich On zburzył świątynie pogańskie, przez nich oświecił i nawrócił ludzkość, przez nich „odnowił oblicze ziemi”!

Różne są drogi Boże i sposoby, którymi On powołuje dusze ludzkie do swojej służby. Oto niejeden zajęty jest ciągle sprawami ziemskimi, pracuje dla wyżywienia siebie i swojej rodziny i nawet mu nie przyjdzie przez głowę myśl, że mógłby czynić coś więcej, że mógłby bliźnich pouczać i prowadzić na drogę zbawienia. Lecz całkiem niespodzianie odzywa się w jego sercu głos Boży każe mu porzucić dom i pracę i obrać stan duchowny. Tak stało się z Szymonem: siedział on raz w swojej łódce rybackiej, kiedy do niego przyszedł P. Jezus i kazał mu zapuścić sieci w głąb jeziora, a natychmiast mnóstwem ryb napełniły się sieci w sposób cudowny. Kiedy Szymon ujrzał to, padł na kolana przed Zbawicielem i wyznał z najgłębszą pokorą: „Panie! odejdź ode mnie, bom jest człowiek grzeszny!” Lecz na to otrzymał odpowiedź: „Nie bój się! odtąd już ludzi łowić będziesz!” Co usłyszawszy, opuścił Szymon bez namysłu wraz z Jakubem i Janem, swoimi towarzyszami, wszystko, co miał i czym zajmował się dotąd, i poszedł za Jezusem (Łk 5, 8-11).

Stało się to cicho, spokojnie, bez żadnych gwałtownych wstrząśnięć, bo tchnienie Ducha Bożego bywa podobne do łagodnego powiewu wiatru: podobnie wzruszyło się serce Szymona pod wpływem łaski, poszedł za P. Jezusem i słuchając Jego nauk, przysposabiał się do pracy apostolskiej. Ale dużo jeszcze upłynęło czasu, zanim dorósł do tego urzędu: wszakże on jeszcze w czasie męki Pańskiej tak był słaby na duchu, że nie tylko nie śmiał stanąć w obronie swojego Mistrza, ale wyparł się Go wobec sług arcykapłana, przysięgając, że „nie zna tego człowieka”, którego był przecież przez trzy lata towarzyszem i który tylu cudów dokonał w jego oczach! Dopiero w dzień Zielonych Świątek napełnił go Duch Św. ogniem niebieskim, wypędził wszelką słabość i trwogę z jego sercu, obdarzył go męstwem i nadludzkim światłem i sprawił, że ten prosty rybak z Galilei ośmielił się wezwać cały swój naród, aby padł na kolana przed narzędziem męki i sromotnej kary: „Pokutę czyńcie”, wołał do ludu, „a niech ochrzczony będzie każdy z was w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie dar Ducha Św.” (Dz 2, 38). Czyż nie był to niepojęty dziw, dokonany mocą Bożą? Któż to zdarzenie potrafi wyjaśnić, kto nam to wytłumaczy, że Piotr i jego towarzysze potrafili zatknąć krzyż na świątyniach pogańskich, że całą ludzkość pchnęli na nowe koleje, nie używając żadnych środków innych, lecz samym tylko „okazaniem ducha i mocy”? (1 Kor 2, 4)?

A teraz przypatrzmy się innemu dziełu prawicy Bożej, innemu nawróceniu! Oto jedzie na koniu Żyd biegły w Piśmie, gorliwy obrońca Prawa, pochodzący z rodziny znakomitej, obywatel rzymski; to już nie rybak, służący Bogu w prostocie ducha, ale człowiek niepospolity, który chce walczyć z zapałem i poświęceniem za wiarę ojców, dla dobra swego narodu, który pragnie wytępić wyznawców wiary Chrystusowej, bo jest przekonany, że oni są zdrajcami świętej sprawy izraelskiej! Wszakże naród żydowski ma panować nad całą ziemią, ma ujrzeć pod swoimi stopami wszystkie ludy i państwa, ma cieszyć się zwycięstwem swego Mesjasza, który królować będzie nad światem aż do końca wieków! A czegóż chcą owi nędzarze, owi celnicy i rzemieślnicy z zakątków wzgardzonej Galilei, jeżeli nie poniżenia i upadku świątyni jerozolimskiej, a zarazem zniweczenia owych wielkich nadziei? Przecież oni każą się wyrzec wszelkich perspektyw ziemskich, bogactwa i panowania, a pójść drogą niesławy i dźwigać krzyż za potępionym przez wszystkie sądy i przez cały naród uwodzicielem!

Takie myśli i uczucia miotały duszą namiętnego Żyda, który pędził do Damaszku, aby tam więzić uczniów Chrystusowych. Aż oto niespodzianie przebił mu duszę promień laski Bożej i w jednej chwili przemienił go w innego człowieka, uczynił go najgorętszym wyznawcą znienawidzonej przedtem nauki: „Zewsząd oświeciła go światłość z nieba, a padłszy na ziemię, usłyszał głos, mówiący do niego: Szawle, Szawle, czemu mnie prześladujesz? Jam jest Jezus, którego ty prześladujesz!” (Dz 9, 4–5). I oto lew staje się barankiem, wróg ewangelii został jej apostołem! Już on wszystkie skarby ziemskie, wszystkie jej rozkosze i królestwa poczytał sobie za gnój (Fil 3, 8), a pożąda tylko jednej rzeczy: on chce pozyskać Chrystusa i wypełniać Jego wolę: „Co chcesz, Panie, abym czynił?” Już własna jego wola umarła, a jedynym jego celem chwała Boża i rozszerzenie Jego Królestwa na całej ziemi.

Jeżeli chcemy poznać jego wiekopomne czyny i cały ogrom jego apostolskiej pracy, czytajmy jego dzieje, jego mowy, spisane przez św. Łukasza w Dziejach apostolskich, jego płomienne listy. Musimy codziennie błagać Pana Jezusa o taką wiarę, nadzieję i miłość, o taką w służbie Jego gorliwość, jaką widzimy u św. Pawła. Wszakże nam wiadomo, co dla nas wszystkich uczynił Pan Jezus, jak nas umiłował, ile dla nas wycierpiał. To wszystko akurat było powodem, motywacją dla św. Pawła we wszystkich jego czynach, a większości z nas to nie porusza. Niestety tak wielu Go nie zna, nie chce o Nim myśleć, nie chce Mu dziękować! Kiedy zaś Pan Jezus ukazał się św. Małgorzacie Marii, odkrył jej swoje Serce, okolone cierniami, przebite włócznią a buchające płomieniem, i rzekł: „Oto serce, co tak ukochało ludzi, iż niczego nie szczędziło aż do ostatniego wyniszczenia, aby im okazać swą miłość; a w nagrodę odbieram po większej części w tym Sakramencie Miłości samą tylko niewdzięczność, wzgardę, nieuszanowanie, świętokradztwa, oziębłość!” Cóż to za słowa! Czyż i my nie należymy do tych niewdzięcznych, którzy ustawicznie korzystają z dobrodziejstw Bożych, którzy jednak nie chcą pamiętać o swoim Zbawcy i nie troszczą się o Jego chwałę, o zbawienie bliźnich? Na tyle grzechów patrzymy, na tyle zgorszenia, – może nawet nasi najbliżsi błądzą w grzechach, a my nic nie chcemy zrobić dla ich ocalenia! „Skoro bydlę upadnie, woła św. Bernard, spieszą je podźwignąć; ginie dusza, a nikt o to nie dba!” Jakże inaczej odczuwał św. Paweł rany duchowe bliźnich! „Któż choruje, pisze on Koryntian (2 Kor 11, 29), a ja nie choruję? któż się zgarsza, a ja nie płonię?” Każde zgorszenie, które jakiś grzesznik dał bliźnim, tak go bolało, jak dotknięcie rozpalonego żelaza. A w liście do Galatów pisze (4, 19): „Dzieci moje, oto ponownie w bólach was rodzę, aż Chrystus w was się ukształtuje”. A więc nauczanie po całych dniach i nocach, upomnienia, przestrogi, prośby, zaklęcia, modlitwy, umartwienia, praca, męczeństwo – tego wszystkiego używał święty jako środków do wzniosłego celu, i dlatego też łaska Boża nawracała przez niego tysiące i zakładała coraz nowe kościoły.

My takich rzeczy nie zdołamy spełniać, ale każdy z nas może przy Boskiej pomocy przyczynić się do zbawienia dusz sobie najbliższych. Pamiętajmy, że zbawiać dusze, krwią Chrystusową odkupione, to najwyższe pragnienie samego Boga, to praca nieustanna trzech Osób Trójcy Przenajśw. Ktokolwiek zaś czy to modlitwą, czy nauczaniem, czy przykładem lub ofiarą czynią się do zbawienia innych, uczestniczy w tej duchownej pracy i dopomaga niejako samemu Bogu. A cóż możemy uczynić milszego Jemu a dla nas samych pożyteczniejszego? Ze wszystkich dzieł świętych najświętszym jest współpracować z Bogiem nad zbawieniem dusz. „Kto nawrócił grzesznika z jego błędnej drogi, wybawi duszę jego od śmierci i zakryje liczne (tzn. własne) grzechy”, pisze św. Jakub (5, 20). Zbawia on więc duszę brata, a swojej przez to gotuje wieczną nagrodę.

A więc przede wszystkim módlmy się za grzeszników za przykładem śś. Apostołów i innych Świętych, a dalej radźmy im dobrze, namawiajmy, upominajmy ich z gorącą miłością ale zarazem i z roztropnością, żebyśmy ich nie obrazili i nie zniechęcili ku sobie. Najprzedniejsze jednak dzieło gorliwości, to ofiara. Chciej tylko pocierpieć za jaką duszę, a zbawisz ją. Też Apostołowie nie inaczej osiągnęli takie sukcesy w swej pracy jak tylko naśladując swego Mistrza w cierpieniach. Módlmy się zatem, żeby ten ogień miłości, który przyniósł z nieba P. Jezus, rozpalił się i w naszym sercu, odmawiajmy codziennie choć jakąś modlitwę za nawrócenie grzeszników, wyrzekajmy się dla nich tej lub owej przyjemności, a wówczas możemy mieć nadzieję, że pomimo wszystkich upadków i naszych nikczemności nie minie nas przeobfita nagroda, przyrzeczona sługom i robotnikom Chrystusowym. Amen.

 

Na podstawie: Ks. A. Pechnik, Kazania i nauki, 1923, s. 317.

Najśw. Serce Jezusa, 27.06.2014

Drodzy Wierni!

Jak czytamy w Starym Testamencie, po przejściu przez morze Czerwone wielkie pragnienie zaczęło dokuczać ludowi izraelskiemu, zmęczonemu i strudzonemu drogą. Łatwo więc pojąć, z jaką radością ujrzał nagle przed sobą obfite wody. Lecz jak straszne było jego rozczarowanie, kiedy się przekonał, że wody te są gorzkie i pić ich nie można. Lud począł szemrać przeciwko Mojżeszowi, jakby on był tej gorzkości winien. Wołali więc na Mojżesza: „Cóż będziemy pili?” Mojżesz uciekł się da Boga w tej potrzebie z prośbą, a Pan „ukazał mu drzewo, które gdy włożył do wód, odmieniły się w słodkość” (Wj 15, 25). I w naszym życiu jak ów lud izraelski na puszczy doświadczamy nieraz goryczy tam, gdzieś się spodziewaliśmy osłodzenia doli i ochłody w upale dnia. Przekonywamy się wtedy, że daremnie szukaliśmy ochłody w przyjemnościach tego świata, bo na dnie ich znaleźliśmy gorycz. Szczęśliwy, kto usłyszy w takich chwilach zgorzknienia głoś Pana Jezusa: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy pragniecie, albowiem duch mój słodszy nadmiód, a dziedzictwo moje nad miód i plaster miodu” (Syr 24, 26n).

Jak Mojżesz osłodził wody Mara, włożywszy w nie drzewo, które mu Bóg ukazał, tak wszelką gorycz życia osładza Najsłodsze Serce Pana Jezusa i drzewo tego krzyża, który świeci nad tym Sercem. Bez krzyża nie masz przystępu do tego Najświętszego Serca, a bez Serca Najsłodszego nie ma dla nas słodyczy, tylko gorycz krzyży i trudności. Tylko Pan Jezus może nakarmić nasze serce słodyczą rzeczywistą, prawdziwą i niezmienną, a postępuje przy tym bacznie, bo najpierw daje pokarm przystępny i lekki, tj. słodkie mleko, a następnie dopiero twardy pokarm, miód poznania duchowego. Tę myśl wyraża św. Piotr, pisząc do nowo nawróconych: „jak niedawno narodzone niemowlęta pragnijcie duchowego, niesfałszowanego mleka, abyście dzięki niemu wzrastali ku zbawieniu” (1 P 2, 2), tak samo apostoł Paweł pisze do Żydów: „Staliście się tymi, którym by mleka trzeba” (Hbr 5, 12). W pierwszych wiekach Kościoła podawano przy chrzcie św. nowo ochrzczonym po Komunii św. w osobnym kielichu mleko mieszane z miodem. Pierwsze miało wyobrażać słowo Boże, którym został katechumen nakarmiony, miód zaś oznaczał słodycz Ciała i Krwi Pańskiej, przyjętej w Komunii. „Jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan” (1 P 2, 3), dalej pisze św. Piotr, wskazując już tym niewyraźnie na to Serce Pana, które dzisiaj często nazywamy Najsłodszym Sercem. Kto raz skosztuje tej niewymownej słodyczy, ten już żadnej innej nie będzie pragnął, wszystko inne będzie mu gorzkie.

W Księdze Królów czytamy, że lud izraelski, tocząc walkę z Filistynami, wszedł do lasu i tam ujrzał miód, płynący na ziemi. Syn królewski Jonatan „ściągnął koniec laski i umoczył go w plastrze miodu i obrócił do ust swoich i oświeciły się oczy jego” (1 Krl 14, 27). Tak samo i nasze zmęczone oczy może oświecić słodycz Serca Pana Jezusa, bylebyśmy jej zakosztowali, bylebyśmy zrozumieli, co naprawdę dla naszego życia duchowego znaczy kult tego Najświętszego Serca, jaki „słodki i prawy jest Pan” (Ps 24, 8). Trzeba tylko zbliżyć się całym sercem do Niego i powierzyć Mu wszystkie swoje trudności i swoją słabość.

Przysłowie było u starożytnych, że przyjaciele, którzy chętnie żyją z dala od siebie, a wzajemnie nie tęsknią, nie są przyjaciółmi. Rzeczywistą przyjaźń poznaje się właśnie po pragnieniu ciągłego wzajemnego obcowania, i dlatego nazywamy zwykle przyjaciółmi takich, których widujemy często będących razem. Przyjaźń bowiem wzmacnia się, rośnie i krzewi przez częste obcowanie. Tak też określa przyjaźń ludzką św. Augustyn w swoich „Wyznaniach”, gdy mówi: „Razem się śmiać i rozmawiać, razem czytać książki przyjemne, razem się uczyć i pouczać wzajemnie, tęsknić za nieobecnym z przykrością, a witać powracającego z radością: oto oznaki przyjaźni, pochodzące ze serc, kochających się wzajemnie” (l. IV, c. 7). W takim stosunku właśnie chce z nami być Pan Jezus, objawiając nam dobroć swego Serca, i też chce, żebyśmy kochali wszystkich ludzi właśnie w tym Sercu i przez to Serce. Dalej pisze Augustyn: „Szczęśliwy kto kocha Ciebie, o Boże, i przyjaciela w Tobie, a nieprzyjaciela dla Ciebie, bo taki sam jeden nie traci nikogo drogiego, komu wszyscy drodzy w Tym, który sam jeden utraconym być nie może: a któż to jest, jeśli nie Bóg nasz?” (l. IV, c. 8), co to jest, jeśli nie Najświętsze Serce Jezusowe?

Miłość i przyjaźń ludzka polega zawsze na dwóch powodach, jak uczy św. Tomasz (STh, I, q. 20, a. 1; I-II, q. 26, a. 1): najpierw znajduje w przyjacielu zaletę i przymiot warty kochania, i stąd wyradza się życzliwość i chęć świadczenia dobrego (benevolentia i beneficientia). Za tym jednak w ślad idzie nasza miłość własna, która w przyjaźni szuka i pragnie mieć jakiś pożytek, przyjemność (concupiscentia). Natomiast miłość Serca Jezusowego do nas sama w sobie stanowi jedyny powód kochania, bo Pan Jezus kocha nas nie dla naszych dobrych przymiotów, dla cnót lub zalet charakteru, ani nie kocha nas dla swojej korzyści, bo niczego nie potrzebuje, lecz jedynie dla naszego szczęścia. A ponieważ dobrze nam życzy, to i dobrze nam czyni, będąc sam miłością (1 J 4, 8), bez przerwy obsypuje nas łaskami. Nie masz na świecie przyjaciela, który by nas kochał tak dawno jak Pan Jezus, bo to przyjaciel nasz odwieczny, który kocha nas od wieków, „wedle przejrzenia Boga Ojca” (1 P 1, 2), jak mówi św. Piotr, a kocha zawsze, niezmiennie: „Miłością wieczną umiłowałem cię, dlatego przyciągnąłem, litując się” (Jer 31, 3).

Przyjaźń zawiązuje się zwykle pomiędzy ludźmi mającymi podobne usposobienie i właściwości charakteru, jak mówi Mędrzec Pański: „Każde zwierzę miłuje podobne sobie, tak i człowiek” (Syr 13, 19). Pan Bóg kocha też człowieka bardziej niż wszystkie inne stworzenia widzialne, dlatego że go stworzył na obraz i podobieństwo swoje. Człowiek też jest zdolny przez swoje do Boga podobieństwo kochać Pana Boga, i dlatego to podobieństwo jest przyczyną osobistej miłości. Nie dosyć jednak było Panu Bogu stworzyć człowieka na obraz i podobieństwo swoje, Bóg przeznaczył go jeszcze na dziedzica królestwa niebieskiego, „ku dziedzictwu nieskazitelnemu” (1 P 1, 4). Bóg mówi do człowieka, jak ów ojciec ewangeliczny do syna: „Wszystko moje, twoje jest” (Łk 15, 31). Ta miłość bezinteresowna, nie szukająca nic dla siebie, żadnej korzyści ani pożytku, a dająca wszystko, ma tylko tę jedną przyczynę, źródło i powód, że Pan Jezus kocha nas i pragnie obcować z nami: „Kochanie moje być z synami człowieczymi” (Prz 8, 32). Dlatego w Najśw. Sakramencie jest zawsze obecne jego Serce, żeby ciągle z nami obcować, żeby uczynić nas podobnymi do Boga i coraz to bardziej wartymi miłości Bożej. Jeżeli przeto Bóg wysoko postawił człowieka przez stworzenie, uczyniwszy „go mało co mniejszym od aniołów” (Ps 8, 6), to przez odkupienie podniósł go jeszcze wyżej, bo nas wywyższył do uczestnictwa w bóstwie i człowieczeństwie Chrystusa.

Czy może dusza ludzka wymyślić większą, szczerzą i słodszą przyjaźń nad tę, którą nam okazuje Najśw. Serce Jezusa? Oto ten Jezus, rozpiąwszy na krzyżu ramiona, pragnie nas ująć i uścisnąć; pochyliwszy głowę, przybliża się ku nam; pozwalając, że św. Longin włócznią otworzył mu bok, czyni swoje Serce zawsze nam otwartą i przystępną. Jak głosi Tradycja, ów chłopczyk ewangeliczny, któremu Pan Jezus położył rękę na głowę i stawił na wzór apostołom, był św. Ignacym, późniejszym biskupem Antiochii i męczennikiem. Skazany na śmierć przez cesarza Trajana, gdy jechał do Rzymu, gdzie miał być w amfiteatrze pożarty przez dzikie zwierzęta, w swym liście do Rzymian nazywał Pana Jezusa: „Amor meus crucifixus – Miłość moja ukrzyżowana”. Cała postać Ukrzyżowanego jest jednym wielkim objawieniem bezgranicznej miłości jego Serca ku nam. Patrzmy często na krzyż, na postać Jezusa, na ranę jego boku i wzmacniajmy naszą wiarę w tą jego miłość, odpowiadając mu naszą własną miłością. Amen.

 

Na podstawie: Ks. Władysław Chotkowski, Kazania eucharystyczne, 1922, s. 114.

O. Józef Schryvers CSSR, Świętość polega na miłości

Świętość: Kochać Jezusa

„My tedy miłujmy Boga, iż nas pierwszy umiłował” (1 J 4, 19).

1. Już w Starym Testamencie Bóg powiedział człowiekowi: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego serca twego, z całej duszy twojej i ze wszystkich sił twoich” (Pwt 6, 5). Pan Jezus powtarza to samo przykazanie, używając tych samych wyrazów: „Będziesz miłował Panu Boga twego ze wszystkiego serca twego i ze wszystkiej duszy twojej i ze wszystkiej myśli twojej. To jest największe i pierwsze przykazanie” (Mt 22, 37n). Później Apostołowie głosili tę prawdę wszystkim narodom. „Bóg jest miłością, mówi święty Jan, a kto mieszka w miłości, w Bogu mieszka, a Bóg w nim” (1 J 4, 16). „A nad wszystko, pisze św. Paweł, miejcie miłość, która jest związką doskonałości” (Kol 3, 14). Kochać Boga o ile tylko można – to przykazanie, to jedyny cel człowieka na ziemi, to świętość.

2. A zatem, być świętym, to nie znaczy czynić cuda. To tylko kochać Jezusa całym sercem, to oddać się Mu bez zastrzeżeń, to wierzyć niezachwianie w Jego miłość. Być świętym, to nie znaczy być wolnym od błędów, lecz tylko nie grzeszyć dobrowolnie, nie mieć przywiązania do swych grzechów. To szukać schronienia w objęciach Jezusa po każdym upadku i prosić Go o uzdrowienie. Być świętym, to nie znaczy wyniszczać się ostrymi pokutami, ukrywać się przed światem w głębi pustymi, ani nawet zadziwiać świat wielkością zbożnych dzieł, lub podbijać go potęgą słowa.

3. Bynajmniej. Być świętym, to znaczy przykładać się spokojnie do spełniania obowiązków swojego stanu, aby Panu Jezusowi przyjemność sprawić, znosić przeciwności życia, aby się Jemu podobać i zostawiać Mu zupełną swobodę rozporządzania duszą i dałem, zdrowiem i wszelkimi dobrami, według Jego upodobania.

Jezus żąda tylko serca. Wszystko już dobrze, gdy się Go kocha. Genowefa i Paschalis Baylon byli pastuszkami, ale kochali Jezusa, i byli świętymi. Izydor był rolnikiem, Zyta służącą, Kryspin szewcem, Benedykt Labre żebrakiem. Mniejsza o to! wszyscy to samo czynili: bez miary kochali Jezusa i zapominali o sobie.

4. Czyżbyś nie chciał tak samo uczynić? Czy nie mógłbyś przyłączyć się do tego legionu wspaniałomyślnych dusz wszelkiego stanu, wszelkiego wieku i kraju, które tworzą orszak królewski Jezusa Króla?

Mówię, że ich jest legion. Boski Mistrz codziennie nowe wzbudza, i w wielkich nowożytnych Sodomach i w małych wioskach, w pałacach możnych i w chatach ubogich. Zdaje się lękać, żeby Mu czasu nie zabrakło dla wypełnienia Jego dzieła miłości na ziemi, i hojnie laskami swymi obdarza dusze ufające Mu i pokorne.

I z ciebie też chce zrobić świętego. Wzywa cię do siebie: zaprasza na rekolekcje miłości. Niech cię nie przeraża twoja słabość, twoja niestałość. Jezus jest dobry i potężny. W jednej chwili może twą przeszłość naprawić. Daj się pojmać Jego łasce: uczyni cię zdobyczą miłości. Nie wątpić nigdy o dobroci Jezusa, to tajemnica pozyskania Jego Serca i otrzymania wszystkiego od Niego.

5. Następnie rozważ, że świętość, do której dojść możesz jeżeli chcesz, to rzecz niezmiernie wzniosła, to ideał zachwycający. Twoja doskonałość, to spotkanie dwóch serc: Serca Jezusowego i twego, spotkanie w akcie miłości, który trwa życie całe; jest to cudowna komunia, zjednoczenie, w którem Bóg oddaje się duszy a dusza Bogu[1], to jest niepojęty uścisk dwóch duchów, Boga i duszy.

Być doskonałym, to kochać Jezusa, a kochając Go, dozwolić, aby nas w Siebie i przez Siebie przeobrażał; to żyć na tym padole tą samą miłością, jaką Bóg żyje w niebie, to odtwarzać w duszy, połączonej z ciałem., życie, jakie prowadzą trzy Boskie Osoby w Trójcy Przenajświętszej[2]. A odtwarzasz to Boskie życie za każdym razem, gdy wzbudzasz akt miłości i spełniasz obowiązek dla przypodobania się Bogu. A im gorętszą, głębszą i czystszą jest twa miłość, tym bardziej wnikasz w Trójcę Świętą, tym więcej też życie Jezusowe wyraża się w tobie. Co za marzenie! móc się ćwiczyć na tym padole w życiu, które prowadzić będziesz przez wieki wieków!

6. Zresztą, chociażbyś chciał, nie miałbyś już prawa czynić co innego na ziemi, jak kochać. Świętość jest ideałem obowiązującym. Słyszałeś głos Boskiego Mistrza: „Bądźcie wy tedy doskonali, jako i Ojciec wasz niebieski doskonałym jest”[3]. „Będziesz miłował Pana Boga twego, ze wszystkiego serca twego”[4]. „Kto nie jest za mną, przeciw mnie jest”[5].

Słyszałeś Apostoła, przypominającego ci rozkaz Pański: „Wybrał cię przed stworzeniem świata, ażebyś był świętym, i niepokalanym w Obliczu Jego, w miłości”[6].

7. Gdybyś mógł uszy cielesne zamknąć na słowa Jezusa, głosu serca nie zdołałbyś zagłuszyć. Zbawiciel umarł, by miłość twą zdobyć.

O! jakże potrzeba miłości dręczyć musi Serce Boże, kiedy taką wagę przywiązuje do westchnienia miłości jednego Swego stworzenia, choćby najnędzniejszego, najmniej znanego na ziemi. Czymże jest ta miłość, na którą człowiek zdobyć się może, aby Istota nieskończenie wielka poniżała się do pragnienia jej, aby raczej zezwoliła na zgubę tysiąca światów, niżby miała opuścić biednego, śmiertelnika, który błagalnie ręce ku Niej wznosi.

Jakże głębokim jest ten świat Boży! Niebo i piekło wpatrzone we mnie. Śledzą każde poruszenie mego serca: chcą wiedzieć, czy będzie dla Jezusa bilo, czy dla Jego wroga, szatana. Jeżeli mej czynności nie spełniam dla Jezusa, stracona jest dla Niego na zawsze. Aniołowie i Święci smucą się, widząc że wiekuista chwała dodatkowa wymknęła się ich Panu, że jedno stworzenie więcej odwróciło się od Niego. Jeżeli, przeciwnie, spełniam mą czynność dla Niego, sprawiam Mu serdeczną radość, pobudzam w Nim uczucie Boskiej dumy i widzę, jak się nachyla ku Swemu małemu stworzeniu, aby mu okazać wdzięczność.

8. Czy chcesz, duszo chrześcijańska, zacząć żyć tym życiem miłości? Idź za Jezusem do samotni twego serca, proś Go pokornie, aby cię wziął za rękę i prowadził do duchownego życia.

Droga do tego wzniosłego życia jest wszędzie. Prorok widział liczne tłumy, napływające do niebieskiej Jerozolimy; przybywały ze wschodu i zachodu, byli tam ludzie każdego stanu i wieku, każdej narodowości, każdego języka.

Żeby postępować w doskonałości, wystarcza Jezusa kochać, a jeżeli chcesz Go kochać, będziesz Go kochał. Jeżeli bardzo Go chcesz kochać, będziesz Go bardzo kochał, a jeżeli pragniesz Go kochać jak Święci, aż do zapomnienia siebie, dorównasz im w doskonałości. Dąż zatem do świętości: jest ona ideałem rzeczywistym, ideałem wzniosłym, ideałem obowiązującym.

Matko Najświętsza, błogosław memu pierwszemu, zasadniczemu postanowieniu, które ma być treścią całych moich rekolekcji: Chcę tak kochać Jezusa, jak Go Święci kochali.

 

O. Józef Schryvers CSSR, Boski Przyjaciel. Myśli rekolekcyjne, Kraków 1926, s. 10nn.



[1] „A wy we mnie, a ja w was” (J 14, 20).

[2] „Aby wszyscy byli jedno, jak ty, Ojce, we mnie, a ja w tobie: aby i oni w nas jedno byli” (J 17, 21).

[3] Mt 5, 48.

[4] M 22, 37.

[5] Mt 12, 30.

[6] „Jako nas wybrał w nim przed założeniem świata, abyśmy byli świętymi i niepokalanymi przed Oczyma jego w miłości” (Ef 1, 4).

Trójca Przenajświętsza, 15.06.2014

„Ciemności przeminęły, a prawdziwa światłość już świecie” (1 J 2, 8).

Drodzy Wierni!

Jeżeli chcemy należycie poznać i ocenić, jaką wdzięczność winni jesteśmy naszemu Zbawicielowi za to światło wiary, o którym mówi w tych słowach Apostoł, przypatrzmy się tylko smutnemu widokowi, jaki nam nastręcza życie ludów pogańskich: one nie znają Boga prawdziwego, one myślą, że światem rządzi jakieś mnóstwo bożków, które nie kierują się poczuciem sprawiedliwości i życzliwości dla człowieka. W oczach poganina są wszystkie choroby i nieszczęścia dziełem jakichś złośliwych duchów, są tylko utrapieniem i męczarnią, a żadnej nie przynoszą korzyści. Nie wiedzą też biedni poganie, że mogą pozyskać sobie łaskę Bożą życiem sprawiedliwym, czystością serca, modlitwą i dobrymi uczynkami – ale szukają ratunku od złego, od nieszczęścia w zabobonach. Życie ich upływa wśród ciągłej trwogi, ciągłego niepokoju. Bardzo trudne jest zbawienie dla ludzi, pogrążonych w ciemności pogaństwa. Jakąż więc powinna być nasza radość i wdzięczność, że widzimy przed sobą jasną drogę, prowadzącą do nieba, że nam ją wskazał Ten, który powiedział o sobie: „Jam jest światłość świata, jam jest droga i prawda i żywot!” (J 14, 6). On nam objawił swojego Ojca, Stworzyciela nieba i ziemi, Boga prawdziwego, w Trójcy Przenajświętszej jedynego. Tą prawdę przypomina nam uroczystość dzisiejsza; przypomina nam, o ile myśmy lepiej poznali Boga, niż Go znają poganie i żydzi, o ile Mu przez to jesteśmy bliżsi, o ile też więcej czynić powinniśmy dla Jego chwały.

1. Cały wszechświat jest niejako wielką księgą która nas uczy niejednej prawdy o Panu Bogu, która nas przede wszystkim poucza, że jej litery nie złożyły się same, że ten porządek wszędzie widoczny, ta sztuczna niezmiernie budowa każdej rośliny, każdego zwierzęcia, naszego ciała – jest dziełem największego i najmędrszego Mistrza i głosi Jego chwałę. Każdy więc człowiek poznaje Boga samym rozumem przyrodzonym, poznają Go i poganie, a jeżeli kto nie chce Mu oddawać należnej czci i sam sobie chce być bogiem albo wymyśla sobie jakie bożyszcza, nie ma dla niego wymówki: „Nie mogą być wymówieni, pisze św. Paweł o poganach (Rz 1, 20), gdyż poznawszy Boga, nie jako Boga chwalili i dziękowali, ale znikczemnieli w myślach swoich, i zaćmione jest bezrozumne serce ich… Którzy prawdę Bożą odmienili w kłamstwo i chwalili i służyli stworzeniu raczej niż stworzycielowi”. Dobroć jednak Boża nie pozwoliła Mu poprzestać na tym objawieniu swojego bytu, którem jest cały znany nam świat; On się zbliżył do człowieka, objawił mu się w raju, objawił się nieraz sprawiedliwym potomkom Adama i kazał im upominać grzeszników. Kiedy jednak porównamy Objawienie Starego Testamentu z nauką Zbawiciela, zobaczymy z radością, o ile my bliżsi jesteśmy P. Bogu. Wtedy objawiał się w chmurze i w burzach na górze Synaj. Jakże inaczej objawił się nam Bóg w Nowym Testamencie: sam zstąpił na ziemię i ogłosił, że wszystko nam przebacza, jeżeli tylko chcemy do Niego się nawrócić. „Już was nie będę zwał sługami, powiedział (J 15, 15), bo sługa nie wie, co czyni Pan jego, lecz was nazwałem przyjaciółmi, bo wszystko, co słyszałem od Ojca mego, oznajmiłem wam”. Jako przyjaciołom więc objawił życie wewnętrzne Boga – tajemnicę Trójcy Św.

2. My zatem wiemy, że jest jeden Bóg, który świat stworzył z niczego, i że w Nim są trzy Osoby; każda z nich jest Bogiem: Bóg Ojciec zrodził Syna, równego Mu istotą, godnością i władzą, a od Obu pochodzi równy im Duch Św. Nie próbujmy zrozumieć, jak to się dzieje, że trzej są jedno, że nie ma trzech Bogów, tylko jeden Bóg w trzech Osobach, nie próbujmy pojąć tej tajemnicy, bo tylko Pan Bóg sam może siebie pojąć. Kiedy św. Augustyn przechadzał się raz nad brzegiem morza rozmyślając o Trójcy Św., zobaczył dziecko, które wykopało sobie dołek, nabierało łyżką wody z morza i przelewało ją do dołka. „Cóż robisz, dziecko?”, zapytał. – „Chcę morze przelać do tego dołka”, odpowiedziało. – „Co mówisz? przecież spojrzyj tylko, jak wielkie jest morze, a dołek zaraz się zapełni”. – „Prędzej morze tu się pomieści, odrzekło dziecko, niż rozum ludzki pojmie swojego Stwórcę”. To powiedziawszy, dziecko zniknęło, a św. Augustyn poznał w nim Anioła. I my więc nie silmy się na zrozumienie tej tajemnicy! Uczyńmy raczej pokorną ofiarę ze swojego rozumu, i chociaż złe duchy będą nam podsuwały wątpliwości, powiedzmy sobie: „Ja chcę wierzyć jak najmocniej we wszystko, coś mi ty Panie Boże objawił! – Nie wiem, jak to być może, ale wiem, że tak jest, bo mi sam Syn Twój powiedział: „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” (J 10, 30)”. Nie zawsze wiara jest rzeczą łatwą, ale tym większą jest jej zasługa, im trudniejsze jest poddanie się rozumu, którego ona żąda. Jeżeli kto chce wierzyć w same tylko prawdy rozumowi dostępne – nie ma dla niego miejsca w Kościele katolickim, nie będzie dla niego miejsca i w niebie, bo to Jezus powiedział wyraźnie do Apostołów: „Kto uwierzy i ochrzci się, zbawiony będzie, a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mt 16, 16).

3. Wiara w trzy Osoby Boskie jest podstawą całej naszej nadziei, źródłem wszystkich naszych zasług i początkiem naszego usprawiedliwienia: „Kto uwierzy, zbawiony będzie”. Żaden dobry uczynek nie będzie miał w oczach Bożych wartości i nie usprawiedliwi nas, jeżeli go nie chcemy spełnić w imię Trójcy Św., jeżeli ośmielimy się odmawiać przynależnej Jej czci. Ta wiara jest owym ziarnkiem gorczycznym Ewangelii, które z początku jest bardzo małe, kiedy je matka wrzuci w serce dziecka, bo ono wierzy wprawdzie za sprawą łaski Bożej, ale nie umie nawet powiedzieć, co to znaczy wierzyć. Skoro jednak to ziarnko zapuści korzenie w sercu, rośnie bardzo szybko, podnosi swoje gałęzie i wydaje owoc, który się zbiera w wieczności. Ta wiara nas odróżnia od pogan i żydów, ona nas czyni uczniami Chrystusowymi. Z tej właśnie przyczyny powtarza się owo krótkie i najtreściwsze wyznanie wiary, które zawarte jest w słowach: „W imię Ojca i Syna i Ducha Św.”, kiedy Kościół udziela Sakramentów św., kiedy nas odradza wodą chrztu św., kiedy nas wzmacnia łaską bierzmowania, kiedy nam po spowiedzi przebacza grzechy. Chce on nam przez to przypominać, jak mówi św. Augustyn, że dla chrześcijan nie ma nigdzie indziej łaski, błogosławieństwa i usprawiedliwienia, jak tylko w pokornej i mocnej wierze w Trójcę Przenajświętszą.

4. Dlatego też każdą ważniejszą czynność rozpoczynamy tym wyznaniem wiary za przykładem pierwszych chrześcijan, i Pan Bóg nam zawsze to poczytuje za zasługę, ilekroć wymawiamy pobożnie te słowa, bo za każdym razem składamy Mu ofiarę ze swego rozumu, bo przyjmujemy za prawdę rzecz całkiem niepojętą. Uważajmy, jaką ponosimy szkodę, kiedy przy tych słowach nie myślimy o niczym, bo tracimy najłatwiejszą do zasługi sposobność i wykraczamy przez to, że nie oddajemy wtedy czci należnej Bogu. Te imiona Ojca i Syna i Ducha Św. oznaczają najwyższą świętość i najwyższy Majestat, więc powinniśmy je wymawiać z najgłębszą pokorą i największą miłością. Są one też postrachem wszystkich potęg niedobrych, są postrachem piekła. Dlatego np. św. Antoni pustelnik odpędzał złe duchy znakiem krzyża; św. Benedykt rozbił nim puchar z trucizną, podany mu zdradliwie.

5. Ile razy ogarnia nas trwoga na widok naszych grzechów, niech w nas wieje otuchę wiara w Trójcę Przenajświętszą. Ona ma nam udzielić pociechy i w godzinie śmierci. Wiemy, co Kościół każe swoim sługom mówić o tej wierze przy umierających. Kiedy nas powali ciężka choroba, a kapłan przyjdzie na pomoc duszy naszej, jakżeż on będzie za nami się wstawiał? Czy może zechce Panu Bogu przypomnieć, że my wiele zrobiliśmy dobrego? Taka modlitwa byłaby nam bolesną, wydałaby nam się gorzkim wyrzutem! Bo jeżeli naprawdę znajdzie się coś, w naszym życiu dobrego, jest ono więcej dziełem łaski, dziełem Ducha Św., niż naszej zasługi. A za to ile nam sumienie będzie zarzucać występków, ile zaniedbań, ile sprzeniewierzeń. Więc kapłan powie co innego, żeby poruszyć miłosierdzie Boże: „Tak, Panie! ja się modlę za grzesznikiem, który nie był wolny od słabości ludzkiej, który wiele przewinił! Oczy Twoje, które nie znoszą widoku rzeczy nieczystych, nie mogą patrzeć z upodobaniem na jego duszę jeszcze skalaną, ale chociaż wiele przewinił, on zachował wiarę, on nie zaprzeczył Ojca i Syna i Ducha Św.! Niechajże ta wiara go zbawi wedle Twojej obietnicy!”. Ta wierność wierze w Trójcę Św. będzie głównym argumentem, jaki Kościół wysuwa, błagając o miłosierdzie Boże. Zachowujmy, ceńmy i pogłębiajmy tą wiarę, odnawiajmy naszą pobożność do Trójcy Św., a w godzinie śmierci będziemy mogli cieszyć się towarzystwem tych trzech Osób Boskich, których ciągle wzywaliśmy: „w imię Ojca, i Syna i Ducha Św.” Amen.

 

Na podstawie: Ks. A. Pechnik, Kazania i nauki, 1923, s. 214.

Zielone Świątki, 8.06.2014

Drodzy Wierni!

Wielka żałość zdjęła serca Apostołów, gdy usłyszeli z ust Chrystusa Pana zapowiedź, że ich niebawem opuści, że już nie ujrzą Jego drogiego oblicza i nie usłyszą już Jego nauk pełnych modrości. A nadto usłyszeli, że Pan Jezus pozostawi ich słabych i bezbronnych, jak owce pomiędzy wilkami, wśród niezliczonego tłumu nieprzyjaciół, a co więcej, On kazał im rozpocząć walkę z tymi wilkami, kazał je poskromić i przywieść do stóp krzyża! Czyż to nie musiało wielką trwogą napełnić tych ludzi słabych i z natury bojaźliwych? – Żeby jednak nie poddali się zwątpieniu, dodał Boski Mistrz obietnicę, że przyśle im Ducha, który ich oświeci i pocieszy, który im wskazywać będzie, co mają czynić i jak się bronić, który im doda siły do boju i zaprowadzi ich do zwycięstwa, że przyśle im „Ducha prawdy, który nauczy ich wszelkiej prawdy”. Któż to jest ten „Duch prawdy”? Jest to Duch Boży, który nas poucza o wszystkim, co nam potrzebne do zbawienia. Wielu ludzi mało troszczy się o prawdę; mało ich obchodzi pytanie, po co przyszli na świat i co na nim powinni czynić. Tacy podobni są do Piłata, który kiedyś odpowiedział Jezusowi: „Co jest prawda?” (J 18, 37). A przecież człowiek ma rozum, i ten rozum powinien każdemu powiedzieć, że koniecznie musi szukać prawdy, jeżeli chce być człowiekiem godnym tego nazwania, jeżeli chce osiągnąć cel swego istnienia. Zastanówmy się więc dzisiaj, nad tym nieocenionym dobrodziejstwem, jakie zawdzięczamy Duchowi Świętemu, „Duchowi prawdy”. Najpierw zobaczymy, co On zdziałał w Kościele Bożym, a potem, co On sprawia w każdym z nas, jak On nas oświeca, wspomaga, umacnia.

1. W czasach, kiedy Zbawiciel założył swój Kościół, były wszystkie narody na ziemi podobne do wędrowca, zabłąkanego w ciemności nocnej wśród lasu. Ludzie nie znali Pana Boga, bo Go znać nie chcieli, a kto nie zna Boga, chodzi w ciemnościach i nie widzi właściwie nic, bo nie poznaje istotnej wartości i celu otaczających go rzeczy, poznaje on to tylko, co mu poddają zmysły, a więc tylko ciała. Bóg, niebo, wieczność albo wcale dla niego nie istnieją, albo też tworzy on sobie najbłędniejsze, najpotworniejsze wyobrażenia o istocie Bóstwa i obowiązkach człowieka. Tak było i wtenczas; jedni mówili sobie, jak czytamy w Księdze Mądrości (2, 6): „Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy!” i oddawali się szalonej rozpuście, – drudzy zaś uznawali wprawdzie jakąś potęgę panującą nad światem, ale tak byli zaślepieni, że chcieli ją uczcić np. krwią ofiar ludzkich lub grzechami przeciwko czystości. I przez tysiące lat był księciem świata nie Duch prawdy, ale duch kłamstwa, któremu nieszczęsna ludzkość oddała się w niewolę. Ulitował się Bóg nad swoim nie wdzięcznym stworzeniem i wydał na śmierć własnego Syna, a ta śmierć otworzyła nam niebo i wyjednała zesłanie Ducha Świętego.

2. I cóż ten Duch zdziałała, jakie są Jego sprawy? Przypatrzmy się najpierw Apostołom. Mieli oni dokonać dzieła niesłychanego dotąd w historii: mieli świat nawrócić do Boga, zburzyć świątynie pogańskie, przeobrazić całą postać ziemi, na której bałwochwalstwo przeszło niejako w krew wszystkich narodów, z wyjątkiem pewnej części żydowskiego. A czyż można było wybrać do spełnienia tego dzieła ludzi mniej zdolnych? Jeżeli ktoś chce drugiego nakłonić, aby przyjął Jego zdanie, aby za nim poszedł, musi wzbudzić jego szacunek, musi okazać się mędrszym. Tak dzieje się i w rzeczach małej wagi, a cóż dopiero w tej sprawie najważniejszej? A oto patrzmy! Wobec kapłanów narodu żydowskiego, wobec uczonych i możnych, wobec ludu, przywykłego słuchać jedynie tych, którzy siedzieli na stolicy Mojżeszowej, stają ludzie najniższego pochodzenia, biedni rybacy z Galilei i każą im rozpocząć nowe życia, każą im oddać cześć Boską – komu? – wzgardzonemu i haniebną śmiercią krzyżową zmarłemu Nazareńczykowi! Czy to nie są szaleńcy?

Ale oni zdobywają się na jeszcze większy zamiar! Bo nawet dumnym panom świata, nawet wodzom i cesarzom rzymskim chcą narzucić swoją wiarę. Każą im opuścić bogów, którym służyli od wieków, którym można było służyć pijaństwem i rozkoszą cielesną, wzywają do pokuty i umartwienia, a nawet do zaparcia się miłości własnej! Nigdy jeszcze ludzie nie odważyli się na coś podobnego.

3. Gdyby Pan Jezus nie był Bogiem, byłby sobie z pewnością wybrał innych towarzyszy. Ale właśnie w tym celu, aby wszyscy jasno poznali, że rozszerzenie chrześcijaństwa jest dziełem Boskim, wybrał On, jak pisze św. Paweł, „głupich u świata, aby zawstydził mądrych, a mdłych u świata Bóg wybrał, aby zawstydził mocnych” (1 Kor 1, 27): i oto oni zwyciężyli świat, bo w nich i przez nich działał Duch Boży. Tu poznajemy najlepiej moc tego Ducha: skoro bowiem tylko zstąpił na Apostołów w postaci języków ognistych, zaszła w nich zupełna i prawdziwie cudowna przemiana: natychmiast poczynają obwieszczać Żydom, że ów Jezus Nazareństi był Zbawicielem świata; mówią bez żadnej już obawy, bezradnego wahania; mówią różnymi językami, których nigdy się nie uczyli; mówią tak, jak nigdy jeszcze nie mówili nauczyciele narodów: „nie w ludzkich słowach, ale w okazaniu Ducha i mocy” (1 Kor 2, 4); nauczanie ich nie ma nic wspólnego z mądrością ludzką, oni nic innego nie umieją, nic nie opowiadają oprócz Jezusa ukrzyżowanego. A przecież znajdują wiarę, i coraz liczniejsza rzesza gromadzi się wokoło nich: bo jakaś moc niepojęta towarzyszy ich słowom, która przenika do serc słuchaczy i wlewa w nie wiarę. Na kogo tylko włożyli swoje ręce, udzielając mu sakramentu bierzmowania, zaraz poczynał mówić różnymi językami i mądrze opowiadać chwałę Bożą, jak gdyby był uczony i biegły w Piśmie. „I zdumieli się z obrzezania wierni, iż i na pogan łaska Ducha Św. była wylaną. Albowiem słyszeli je mówiące językami i wielbiące Boga” (Dz 10, 45-48). Rzeczy tajemne i ukryte poznawali Apostołowie przez Ducha Św. i obwieszczali je dla przekonania tych, którzy jeszcze wątpili o Boskiem ich posłannictwie.

Powiedzieliśmy, że w czasie kiedy powstawał nasz święty Kościół, były wszystkie narody podobne do wędrowca, zabłąkanego w ciemności nocnej. Jakiem dobrodziejstwem będzie dla takiego wędrowca, jeżeli znajdzie kogoś, kto go z pochodnią w ręku wyprowadzi na dobrą drogę, a przez to ocali od śmierci? Podobne dobrodziejstwo, lecz daleko jeszcze większe, wyświadczył Duch Św. przez Kościół Katolicki naszym przodkom i nam samym: On wskazał nam drogę bezpieczną, która wiedzie do naszej ojczyzny, do naszego Ojca niebieskiego! Kto jest posłuszny głosowi Kościoła, nie potrzebuje się lękać, że wpadnie w niewolę szatana, który krąży koło nas „jako lew ryczący, szukając, kogo by pożarł”. Ta jest właśnie przyczyna, że duchy piekielne wytężają wszystkie swoje siły, aby Kościół zniszczyć.

4. A co ten Duch Boży czyni w każdym z nas, czym On jest dla każdego człowieka? Na to można odpowiedzieć jednym słowem: Duch Św. jest dla nas wszystkim; Jemu zawdzięczamy, że dusza nasza żyje, i tylko z Jego pomocą, za Jego sprawą zdołamy osiągnąć żywot wieczny. Bez Niego nawet dobra myśl nie przyjdzie nam do głowy, jak mówi św. Paweł do Koryntian (3, 5): „Nie żebyśmy byli dostateczni sami z siebie co myśleć, jako sami z siebie, ale dostateczność nasza z Boga jest”, a w innym miejscu czytamy: „Żaden nie może rzec Pan Jezus, jedno w Duchu Świętym” (1 Kor 12, 3); to znaczy nikt nie może z prawdziwą pobożnością i w taki sposób, żeby podobał się Bogu, myśleć i mówić o Panu Jezusie beż pomocy Ducha Św. On jest sprawcą i dobrej modlitwy, bo, jak pisze św. Paweł (Rz 8, 26): „o co byśmy prosić mieli, jako potrzeba nie wiemy: ale sam Duch prosi za nami wzdychaniem niewymownym”. On nas skłania do modlitwy, i zapala w sercach naszych ten ogień miłości, beż którego modlitwa niegodna jest wysłuchania. Dusza nasza musiałaby umrzeć czyli utracić wszelką łączność z Bogiem, gdyby ją opuścił Duch Św. On nas oświeca i wywołuje dobre postanowienia, On dodaje siły do ich wykonania. Kiedy uczujesz w sobie ochotę do odwiedzenia kościoła, do posłuchania słowa Bożego, do pozbycia się grzechów w sakramencie pokuty, do pojednania się z nieprzyjacielem: skądże ta ochota się wzięła? Jest to błogosławione światło, które w twoim umyśle zapalił Duch prawdy; On ci wówczas okazuje prawdę, On cię poucza, że koniecznie musisz pamiętać o Bogu, musisz pokutować, musisz kochać swoich bliźnich, jeżeli dobrze życzysz samemu sobie. Kiedy zwyciężysz nacierającą pokusę, wyrzekniesz się dla miłości Bożej jakiejś przyjemności, uwolnisz się od pewnego nałogu, dziękuj za to Duchowi Św. Człowiek sam tyle tylko robi w swoich dobrych uczynkach, że nie opiera się natchnieniu Ducha Św., że jednoczy swoją wolę z Jego wolą i z Nim współdziała.

5. Jak ten Duch Św. potrafi zmienić całą naszą istotę, wykorzenić skłonności złe, a zaszczepić nowe, na to mamy mnóstwo przykładów. Dopóki św. Marja Egipcjanka prowadziła życie występne, byłaby wyśmiała się z człowieka, który by jej przepowiedział, że niezadługo zacznie żyć całkiem inaczej, że zamiast wytwornych potraw jeść będzie korzonki leśne, że mieszkać będzie na pustyni i spać na gołej ziemi i że wówczas będzie czuła się stokroć szczęśliwszą niż teraz; – zapowiedź taka byłaby wydała jej się niedorzeczną; – a przecież za sprawą Ducha Św. umiłowała ona pokutę niesłychanie surową i wytrwała w niej do śmierci. Podobnej przemiany, podobnego odrodzenia może każdy z nas doświadczyć na sobie, jeżeli tylko będzie miał dobrą wolę. Obyśmy tylko byli otwarci dla działania Ducha Św., obyśmy tylko współpracowali z tymi łaskami, których dostaliśmy w Bierzmowaniu św., a na pewno by doznaliśmy cudownego działania Ducha Św. w naszym życiu. Amen.

 

Na podstawie: Ks. A. Pechnik, Kazania i nauki, 1923, s. 203.

Niedziela po Wniebowstąpieniu Pańskim, 1.06.2014

Drodzy Wierni!

W czwartek obchodziliśmy uroczystość wspominającą pożegnanie Najśw. Maryi Panny i apostołów z Panem Jezusem i jego chwalebne wstąpienie w niebo. Widzieliśmy po raz ostatni symboliczne figury: Chrystusa zmartwychwstałego i krzyż przepasany czerwoną stułą. Symboliczne te znaki noszone w czasie procesji od Wielkiej Niedzieli do dnia Wniebowstąpienia przypominały nam, że Chrystus Pan zwyciężył śmierć, pokonał nieprzyjaciół, spełnił swoją wielką misję, założył na ziemi instytucję, która do końca świata będzie spełniać jego wolę: „Idąc, nauczajcie wszystkie narody”. Chrystus zmartwychwstały to znak zwycięstwa, a krzyż przepasany stułą, to znak władzy nauczycielskiej Kościoła katolickiego. Przez swoje życie na ziemi i przez wstąpienie do nieba wskazał nam Pan Jezus, że nasze życie ziemskie ma być podróżą do nieba i że niebo to najważniejszy cel naszego życia. Żeby jednak niebo osiągnąć, trzeba najpierw wierzyć.

Wiara bowiem jest koniecznym warunkiem do osiągnięcia zbawienia. „Kto uwierzy i ochrzci się, zbawiony będzie; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16, 16). „Bez wiary nie można podobać św. Panu Bogu” (Żyd 11, 6). Trzydzieści trzy lata żył Pan Jezus na ziemi. Trzy lata poświęcił na pracę, działanie cudów i nauczanie ludzi, dążąc w tym wszystkim do tego, żeby ludzie uwierzyli i poszli za nim. Wiedział zarazem Pan Jezus, że na ziemi nie będzie długo przebywał, że wkrótce wstąpi do nieba, więc musi być ktoś, kto będzie jego naukę dalej prowadził i utwierdzał. Jako przezorny Mistrz wybiera sobie gromadkę Uczniów-Apostołów i daje im władzę, aby dzieło rozpoczęte nadal godnie spełniali. Ale i ci nie będą wieczni na ziemi, dlatego ustanawia Kościół i tę samą władzę, jaką dał Apostołom, przekazuje ich następcom.

Apostołowie spełniali godnie zadanie dane im przez Mistrza. Poszli w świat, nauczali wszystkie narody, „przepowiadali wszędzie”. Nie zrażali się niczym. Nie zlękli się śmierci. Przyświecał im jeden cel – zbawić siebie i zbawić wszystkich innych, – a w pracy ich „Pan dopomagał i utwierdzał mowę przez cuda“. Nad utwierdzaniem wiary w Chrystusa i w jego święte dzieło pracowali Apostołowie i prawie wszyscy ponieśli śmierć męczeńską.

W ślad za Apostołami idzie Kościół. Prawie trzydziestu papieży ginie śmiercią męczeńską, miliony chrześcijan szły na tortury i pożarcie dzikich zwierząt. Mury więzień rzymskich nie mogły pomieścić męczenników za wiarę Chrystusową. Wróg wiary i Chrystusa wyszukiwał najrozmaitsze tortury, aby wyrwać wiarę z serc ludzkich, jednak to się nie udało, „bo Pan dopomagał i utwierdzał mowę“ i wiarę męczenników. Ale po co szukać dawnych przykładów? Wiek XX i początek naszego wieku są również ubarwione obfitą krwią męczenników. Położenie wyznawców Chrystusowych w wielu krajach jest wprost straszne. Nie zrażają się oni jednak, ale ufni w słowa Chrystusa „Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata” – stoją mocno przy świętej wierze.

Jeżeli więc tyle pracy podjął Chrystus Pan, aby utwierdzić ludzi w wierze, jeżeli tyle poświęceń dali Apostołowie, jeżeli tyle krwi przelali męczennicy, jeżeli tyle ofiar ponoszą i dzisiejsi katolicy, to musimy i my również inaczej ustosunkować się do wiary! Bo jest naprawdę coś w tym, że mimo tylu wysiłków i ofiar, tak mało ludzi ma wiarę prawdziwą. Przecież 17% katolików z ogólnej liczby ludzkości, to naprawdę bardzo mało! A ile to jeszcze w tej liczbie jest katolików oziębłych?

Gdzież więc przyczyna, że jeszcze jest tak mało wiernych? Istotna przyczyna, to brak zrozumienia rozkazu Chrystusowego – „idąc na cały świat, opowiadajcie Ewangelię całemu stworzeniu” (Mk 16, 15). Większości dzisiejszych ludzi wydaje się, że tylko biskupi i kapłani mają obowiązek nauczania wiary Chrystusowej. Nie! W czasach dzisiejszych każdy katolik musi być apostołem! Musimy naprawdę zająć się propagandą wiary katolickiej! Pamiętajmy, że to słowo „propaganda”, które dzisiaj ma nieco ujemne znaczenie, zostało wprowadzone akurat przez Kościół Katolicki, za misje którego po Soborze Trydeckim została utworzona św. Kongregacja de propaganda fidei, dla rozpowszechniania, rozszerzania wiary.

Apostołowanie rozpocząć winien każdy od siebie. Każdy musi ożywić w sobie życie religijne, życie płynące z wiary. Nie można być tylko katolikiem z metryki, ale trzeba zostać katolikiem czynu i ofiary! Nie wolno wstydzić się swojej wiary, ale przeciwnie, okazywać na każdym kroku, przy każdej sposobności, że jesteśmy katolikami! Zdecydowane i wyraźne wyznawanie swoich zasad, dobry przykład – oto pierwszy warunek propagandy naszej wiary świętej. Drugi warunek propagandy wiary, to uświadamianie siebie i innych w rzeczach religijnych. Iluż to mamy dzisiaj katolików nieuświadomionych, nie znających podstawowych prawd katechizmowych. A dlaczego? Bo boją się książki religijnej, pisemka religijnego. Czytanie książek i pism religijnych uważają za coś ujemnego. Nie starają się znaleźć książek klasycznych, interesujących, a potem myślą, że literatura katolicka jest nudna i nieaktualna. Jak mało myślą i wiedzą dzisiejsi katolicy o swojej religii, i jak może bronić katolik swojej wiary wobec wrogów, jeżeli sam nic nie wie, albo wie tylko bardzo mało? Mają ludzie na wszystko czas, tylko brak czasu na lekturę religijną. Znajdzie się kilka groszy na pisemko czy książkę o błahej i pustej treści, ale brak pieniędzy na pisma religijne. Można o tych ludziach powiedzieć ze smutkiem słowami Proroka „spustoszeniem spustoszona jest ziemia, bo nie ma kto by rozmyślał o Bogu” (Jer 12, 11). W rodzinie, gdzie nie ma pisma religijnego, nie ma też i życia religijnego, bo, jak głosi zasada filozoficzna: „nie może dać ten, kto sam nie posiada”. Wróg walczy słowem pisanym i my użyjmy tej samej broni. Dobre pismo, dobra książka katolicka, to wielka propaganda wiary katolickiej. Dajmy więc każdemu do ręki pismo katolickie i książkę katolicką!

Trzeci warunek propagandy wiary to śmiałe występowanie w obronie Kościoła i rzeczy świętych. Ma odwagę wróg zaczepić nasze świętości, dlaczego my mamy być tchórzami w obronie tych świętości? W domu, w towarzystwie, na jarmarku, w biurze, w fabryce, zawsze i wszędzie mamy okazje wystąpić w obronie wiary, niestety często uciekamy. Boimy się narazić, wolimy milczeć, zapominamy, że „kto się mnie zaprze przed ludźmi, tego ja zaprzę się przed Ojcem, który jest w niebiesiech“ (Mt 10, 32). Więcej odwagi w obronie największych świętości – to również bardzo ważny czynnik propagandy wiary. Nie lękajmy się, bo „Pan będzie utwierdzał mowę naszą“.

Czwarty warunek propagandy wiary, to popieranie pracy misyjnej i dzieła miłosierdzia chrześcijańskiego. Wprawdzie musimy pogłębiać wiarę u siebie w kraju, ale zbyt wielka jest liczba pogan, którzy nic nie wiedzą o Bogu, przeto modlitwą, a nawet jakąś ofiarą możemy poprzeć misje Tradycji katolickiej w krajach pogańskich. Nie trzeba tu wielkich wysiłków, trzeba przymonieć sobie chociaż przykład św. Teresy z Lisieux, która została patronką misji katolickich nie wychodząc poza mury swego klasztoru, wspierając misjonarzy swą modlitwą i ofiarowaniem cierpień.

Ważnym czynnikiem propagandy wiary w dzisiejszych czasach – to dzieło miłosierdzia chrześcijańskiego. Przecież całe życie Pana Jezusa to jeden wielki czyn miłosierdzia. Kogo stać i na co stać – niech spieszy z pomocą potrzebującym. Wyznawca Chrystusa musi być czuły na nędzę ludzką. Cnota miłości bliźniego musi mieć wielkie zastosowanie w życiu. Przez miłość czynną na pewno trafimy prędzej do duszy nieznającej Boga. Tymi więc i innymi sposobami pracujmy dla Boga i dla wiary, a na pewno wysiłków nie pożałujemy.

Chrystus Pan spełnił swoją misję i poszedł do Ojca niebieskiego, aby razem z nim królować. Kapłan wznosząc po procesji krzyż śpiewał antyfonę: „Wstępują do Ojca mojego i Ojca waszego, Boga mojego i Boga waszego”. Słowa te wyraźnie wskazują nam cel naszego życia. Pobudzeni więc przykładem Chrystusa i wsparci jego łaską, ukochajmy nade wszystko wiarę świętą. Przyczyniajmy się do rozszerzenia tej wiary wszelkimi godziwymi sposobami, a na pewno będziemy kiedyś śpiewać razem z Chrystusem: „Wstępuję do Boga mego” i za trudy poniesione w obronie wiary, otrzymamy niebo. Amen.

 

Na podstawie: Ks. Józef Kuropieska, w: Nowa Bibljoteka Kaznodziejska, t. XLVIII, 1935, s. 374.

5. niedziela po Wielkanocy, 25.05.2014

Drodzy Wierni!

Każdego roku w tę niedzielę poprzedzającą Dni Krzyżowe, z ambon rozlega się nauka o modlitwie. Zdawać by się mogło, że do katolików, do uczniów Chrystusa Pana, nie po winno się zbyt wiele mówić o modlitwie, bo przecież komuż tak jak im powinna być i znana i bliska modlitwa. A jednak, czy w życiu wyznawców Chrystusowych zajmuje modlitwa należyte miejsce? Czy w ich życie wchodzi ona jako czynnik pierwszej doniosłości i pierwszej potrzeby? Czy nie jest u nich ono jakimś rzewnym dodatkiem do życia codziennego? Ale przecież modlitwa nie powinna się różnić od życia. Samo życie nasze chrześcijańskie powinno się modlić! Żeby tak pojmować modlitwę, trzeba przedtem uświadomić sobie A) obowiązek modlitwy i B) warunki dobrej modlitwy.

A) Raz do roku pragnie Kościół św. przypomnieć nam i w szczególniejszy sposób położyć nam na serce obowiązek modlitwy, ustanawiając osobne dni modlitwy, dies rogationis, byśmy przynajmniej raz do roku z konieczności zastanowili się nad tym, co czynimy może tylko ze zwyczaju i bezmyślnie. Modlitwa jest podstawowym aktem duchowym każdego wierzącego, jest pierwszą Akcją Katolicką. I wówczas dopiero każda inna, zewnętrzna Akcja Katolicka może być pewna swych planów, jeśli zaczyna od przepojenia całego życia człowieka modlitwą.

Co skłania nas do modlitwy? Zobaczymy, że przede wszystkim: 1. wola Boża, 2. nasza nędza, 3. nieprzebrane bogactwa Boże.

1. Wola Boża. Jesteśmy stworzeniami Bożymi. W pojęciu tym mieści się, że całkowicie i zupełnie w naszym istnieniu i życiu jesteśmy zależni od Pana Boga. Ponieważ zaś jesteśmy stworzeniami rozumnymi, zatem powinniśmy zwracać się do Pana Boga świadomie, tzn. modlić się. W samym zatem założeniu, że jesteśmy stworzeniami, wyraża się jasno wola Boża, byśmy się modlili, tzn. obcowali z Bogiem naszą myślą, naszym uczuciem, wreszcie naszą wolą, którą nieść mamy jako najcenniejszy dar w daninie naszemu Panu i Bogu. Zdawać by się mogło zatem, że nic nie jest tak naturalnym dla człowieka i tak dla niego rozumiejącym się samo przez się – jak modlitwa. A jednak, „Rzadko myślimy o tym, o czym myśleć będziemy wiecznie. A o czym będziemy myśleć wiecznie? O Bogu. Tu na ziemi nie myślimy o nim prawie nigdy na serio. Nie myślimy o tym Bogu, którego obecność w nas tu na ziemi daje nam życie łaski, a kiedyś stanowić będzie nasze życie chwały” (O. R. Plus, W obliczu życia, 1903, s. 37). Dlatego sam Bóg nakazuje pamięć o sobie, każe się modlić, a nawet swego jednorodzonego Syna zesłał na tę ziemię, aby nauczył nas modlić się.

„Trzeba się zawsze modlić, a nigdy nie ustawać”. Sam Bóg tak przykazał. Ale Syn Boży nie tylko słowem ale i przykładem potwierdził wolę Bożą. Sam modlił się często, a nawet jak zaświadcza Ewangelia „nocował na modlitwie“. Apostołowie napominali swych uczniów stale, by pamiętali o modlitwie, by byli „w modlitwie ustawicznie” (Rz 12, 12), „modląc się na każdy czas w duchu” (Ef 6, 18), „bez przestanku” (1 Tes 5, 17). Święci byli głęboko przekonani o tym, że mamy się – z woli Bożej – bez przerwy modlić. Św. Jan Złotousty powiada wprost, że „ktokolwiek się nie modli do Boga i nie stara się wytrwale pokrzepiać rozmową z nim, ten jest umarłym. Śmiercią duszy jest nie korzyć się często przed Bogiem!“ (De oratione, I, 1).

2. Nasza nędza. Sam rozum mówi nam o naszej nędzy. Nic tak naszemu rozumowi nie jest jasnym jak to, że jesteśmy „przed Bożym obliczem: prochem i niczym“ (A. Mickiewicz). Wszystko jest dosłownie w rękach Bożych. Mówimy tak nieraz, ale mało nad tym zastanawiamy się poważnie. Skoro jednak tak jest istotnie, wypływa stąd obowiązek modlitwy, tzn. zbliżania się pokornego do tych rąk Bożych, od których jesteśmy zupełnie zależni my mali, biedni ludzie. Odnosi się to do wszystkich dziedzin naszego życia.

„Serca ludzkie są wyłącznie w ręku Boga. On sam stosownie do najświętszego upodobania swego nimi kieruje, a ludzkie środki i najheroiczniejsze nawet wysiłki nie są zdolne zażegnać burz i sprowadzić do serca promieni pociechy Bożej” (Ks. Badeni, Żywot św. Ignacego, 1893, s. 56). Umysł ludzki udowodnił w ciągu dziejów, że zostawiony sobie idzie na manowce. Dzieje myśli ludzkiej – mimo nadzwyczajnego rozwoju techniki i cywilizacji materialnej – są błądzeniem w ciemnościach, a wysiłki największych uczonych kończą niestety wyznaniem bezsilności zawartej w tych tragicznych słowach: „nie wiemy i wiedzieć nie będziemy”. Wola ludzka to jedno wielkie widowisko naszej słabości. Nigdy nie znamy dokładnie granic, do jakich zdolni jesteśmy dojść w naszej nikczemności. Wielki kapłan żydowski Aaron wyrzekł się Boga u stóp góry Synai. Piotr zaparł się Jezusa u progu domu Kajfasza. To są tajemnice ludzkiej słabości. I dlatego to najwłaściwszym echem całej ludzkiej natury jest modlitwa, zwrócenie się do Boga, wielkie wołanie „z głębokości“ nędzy!

3. Nieprzebrane bogactwa Boże. Bóg sam w sobie jest jedną niezmierzoną skarbnicą wszelkiego dobra. Nie masz w nim najmniejszego jakiegoś braku lub niedostatku, ale przeciwnie, obfitość i pełnia najdoskonalsza. Bóg ma tyle, że nie tylko sam jest nieskończenie szczęśliwy i zalany niejako oceanem rozkoszy bez granic, ale może ze swej pełności bez najmniejszego dla siebie uszczerbku obdzielić cały świat i miliony podobnych światów. Jakżeż myśl o tym zachęca i ośmiela nas do ufnej modlitwy! Kto się modli, ten niejako przytyka usta do kosztownej czary, z której płyną dla niego pociecha, szczęście, radość, pokój. O modlitwie można śmiało powiedzieć, że „przyszły mi z nią pospołu wszystkie dobra”, jak mówi król Salomon o mądrości.

Poganie starożytni wierzyli, że ich bogowie mają pokarm tajemniczy, tzw. ambrozję, zaspokajająca wszystkie tęsknoty serca i zawierająca w sobie wszystkie najlepsze smaki. I bogów tych nie było, i ambrozji również. Ale w modlitwie może znaleźć człowiek wierzący swego rodzaju ambrozję mieszczącą w sobie prawdziwe i niezniszczalne rozkosze. Pisze Bolesław Prus (Od upadku do odrodzenia, 1918, s. 15): „Cokolwiek uczyniła cywilizacja, cokolwiek pragnie uczynić, do czegokolwiek zwraca się twórcza lub badawcza myśl ludzka, za czymkolwiek tęskni utrapione serce, wszystkie te zamiary, wszystkie ideały tkwią w pojęciu Boga. Jest to skarbiec, z którego jeszcze będą czerpały najdalsze pokolenia w miarę pracy, odkrywając w nim coraz nowe bogactwa”. A modlitwa jest niczym innym jak sięganiem do tego skarbca i czerpaniem z niego.

B) Modlitwa jest więc konieczna. Chodzi tylko o to, byśmy się dobrze modlili. Nie każda bowiem modlitwa spełnia swe zadanie zbliżenia nas do Pana Boga, i nie każda bywa wysłuchana. Sam Pan Jezus wyrzuca swym uczniom, że się źle modlą i nie są godni wysłuchania. Św. Paweł powiada znów (Rz 8, 26), że nie wiemy o co mamy się modlić i jak się modlić, gdy stwierdza: „albowiem o co byśmy prosić mieli, jak trzeba, nie wiemy”. A św. Jakub dodaje: „prosicie, a nie bierzecie, przeto iż źle prosicie” (Jk 4, 3). Możemy się zastanowić tylko nad jednym warunkiem dobrej modlitwy: Mamy się modlić w imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa.

Sam Pan Jezus podkreślał to niejednokrotnie. I dzisiaj dwa razy o tym mówi w Ewangelii św. Modlić się bowiem w imię Jezusowe tzn. modlić się, pokładając całą ufność w zasługach męki i śmierci Chrystusa, tzn. idąc przed tron Boży, czy stając przed trybunałem Bożym, nieść w swych dłoniach czarę pełną Krwi Baranka bez zmazy, który przyszedł na tę ziemię, „aby wszelki, który weń wierzy, nie zginął, ale miał żywot wieczny”. Pamiętając o naszej nędzy, stajemy kornie przed Panem zastępów, ale i z wielką ufnością, bo Chrystus Pan wysłużył nam łaski potrzebne swą męką i śmiercią na krzyżu. Zasługi Pana Jezusa, nieskończone w swej wartości, stają się nam tarczą, zasłaniającą nas przed słusznym gniewem sprawiedliwego Boga; stają się nam na każdy dzień źródłem coraz to nowych łask i dobrodziejstw Bożych, bo gniew Boży spadł zamiast na nas na naszego „miłościwego Pośrednika”, „którego Bóg wystawił ubłaganiem we krwi jego” (Rz 3, 25).

I tu wyłania się ten prosty wniosek, że najskuteczniej modlić się możemy na Mszy św., gdzie Pan Jezus ponawia przez ręce kapłanów swą Ofiarę Krzyżową i gdzie możemy żywo i bezpośrednio łączyć nasze modły z zasługami Chrystusa Pana. Biskup hebroński, Fornerus, mówi: „Modlitwy przyłączone do Ofiary Mszy św. przez tego, który Mszy św. nabożnie słucha i Bogu ją ofiaruje, daleko są skuteczniejsze od wszelkich innych, całymi godzinami trwających, choćby najgorętszych, modlitw i rozmyślań dla mocy zasług męki Chrystusowej, której potęga okazuje się we Mszy św. w cudownej obfitości łask i dóbr niebieskich. Albowiem jak głowa jest najszlachetniejszą częścią ciała, nad wszystkie członki ważniejszą, – tak też modlitwa Chrystusa Pana, który jest naszą Głową i we Mszy św. za nami się modli, przeważa połączone modły wszystkich chrześcijan, którzy są tylko członkami Chrystusa” (Marcin z Kochem, Wykład Ofiary Mszy św., s. 77).

Stąd rodzi się też ta bezgraniczna ufność, z jaką zwracamy się do Pana Jezusa, mówiąc: „Dobre i słodkie Serce Jezusa, ufamy tobie!“ I stąd nasza pewność, że nasza modlitwa będzie zawsze wysłuchana. Amen.

 

Na podstawie: Ks. Omikron, w: Nowa Bibljoteka Kaznodziejska, t. XLVIII, 1935, s. 349.

4. niedziela po Wielkanocy, 18.05.2014

Drodzy Wierni!

W ostatniej niedzieli rozważaliśmy w świetle nauki Chrystusowej o radościach tego świata i o smutkach dzieci Bożych. Przekonaliśmy się, że radości tego świata nie potrafią zaspokoić tęsknot serca ludzkiego, że smutki dzieci Bożych przepromienione są nadzieją wiecznej nagrody i wiecznej chwały. Takie rozumienie, oparte na Ewangelii św., jest jednak bardzo obce dzisiejszemu spoganiałemu światu. Nie mogąc zdobyć w dobrach i radościach tej ziemi zaspokojenia swych tęsknot ludzkich, nie umiejąc cierpieć i znosić przeciwności, świat współczesny pogrąża się w beznadziejnym smutku i pesymizmie pełnym goryczy. Nowoczesna wiedza filozoficzna pogłębia tylko ten smutek. Jedni uczeni głoszą, że podstawowym odczuciem bytu jest trwoga i troska, inni stwierdzają, że brak pewności schronienia i ukojenia jest fatalnym piętnem współczesnego życia – mimo wszelkie ubezpieczalnie społeczne. Człowiek stał się bezdomnym w znaczeniu duchowym, bo nie umie wznieść oczu w górę ku „domowi Ojca niebieskiego, w którym jest mieszkań wiele“…

Przeciw tej fali smutku i pesymizmu stajemy uczniowie Chrystusowi, dzieci Boże, pielgrzymujący do ,,domu Ojca“ i mimo wszystkich ucisków wędrówki ziemskiej, niosący w swych duszach prawdziwą radość, płynącą z posiadania Boga, nieznaną synom tego świata.

Zastanowimy się dzisiaj nad tym: A) jak złe są skutki smutku i przygnębienia, B) jakich mamy używać środków przeciw smutkowi i przygnębieniu.

A) Jest smutek zbawienny, smutek tych, o których sama nieomylna Mądrość Boża mówi: „Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni”. Np. smutek z powodu popełnianych przez ludzi grzechów, lub tych, którymi sami obrażamy Pana Boga – smutek, wyrażający współczucie w nieszczęściu bliźniemu itp. Ale jest i smutek zły, będący nieszczęściem dla duszy, o czym tak rzadko pamiętamy. Owszem znajdują się wśród nas tacy, którym się zdaje, że usposobienie smutne, nieraz nawet zgryźliwe i przygnębione, najbardziej odpowiada pobożności w myśl Ewangelii. Tymczasem inaczej zupełnie rozumieli i rozumieją tę sprawę Święci, tzn. ci, którzy najlepiej i najkonsekwentniej poznali i wykonali naukę Pana Jezusa, W myśl ich wskazań smutek i przygnębienie: 1. pozbawia nas balsamu pociechy niebieskiej, 2. przyćmiewa nasz rozum, 3. osłabia naszą wolę.

1. Pozbawienie pociechy niebieskiej. Człowiek, poddający się grzesznemu smutkowi i beznadziejnemu przygnębieniu, nie uznaje spokojnie zarządzeń Opatrzności Bożej, buntuje się przeciw nim, a przez to pozbawia się tej najgłębszej pociechy płynącej z niebios, która opiera się na niewzruszonym przeświadczeniu, że Bóg, Ojciec najlepszy, rządzi wszystkim, i że nic nie dzieje się bez jego najświętszej woli. Człowiek, poddający się grzesznemu smutkowi jest samotny, podobny do odrobiny, wiszącej w bezkresach i miotanej losem, ślepym i bezwzględnym. Człowiek, wychowany na Ewangelii jest dzieckiem, prowadzonym przez najlepszego Ojca i spoczywającym na jego Sercu.

Jako jedno z naczelnych zagadnień w swych kazaniach i naukach podkreślał Pan Jezus stale Opatrzność Bożą, dobroć Ojca niebieskiego, który pamięta o biednych wróblach na dachu, który stroi wspaniałe lilie polne, który czuwa dzień i noc nad swymi dziećmi. Jakże biednym i pożałowania godnym jest człowiek, poddający się smutkowi i przygnębieniu, dla którego obce są te jasne i proste prawdy. Szczęśliwi zaś ci, którzy, pamiętając o tym wiecznie czuwającym oku Bożym, przeciwstawiają się stale wdzierającemu się w ich dusze przygnębieniu!

2. Przyćmienie rozumu. Człowiek zamroczony smutkiem i przygnębieniem jest chory na przyćmienie rozumu. Chmura smutku, która zawisa nad jego czołem, czyni go niezdolnym do jasnego ujęcia zdarzeń i skojarzenia ich po myśli Opatrzności Bożej. Traci on zrozumienie dla rządów Bożych w świecie, a zagrzebując się w sobie i w swym beznadziejnym przygnębieniu, powoli zatraca normalne, należyte używanie rozumu, który powinien prowadzić go prostą ścieżką do Boga, najlepszego Ojca. Jeśli Mędrzec Pański powiada, że „wielu zabija smutek i nie ma w nim żadnego pożytku” (Koh 30, 25), to należy zabicie to rozumieć głównie jako przyćmienie rozumu, któremu smutek odbiera żywe i jasne spojrzenie w oczy wielkiej prawdzie o „Ojcu, który jest w niebiesiech”. Jeśli św. Ambroży (In Ps. 118) widzi w pełnej i głębokiej radości „szczyt prawdy”, to przeciwnie w smutku beznadziejnym znajdziemy tylko manowce błędu. Bóg, który jest źródłem i ogniskiem prawdy, jest zarazem sam w sobie szczęściem i samą radością przez posiadanie siebie, tzn. najwyższej prawdy. Kto się do Boga zbliża, ten staje w promieniu jego prawdy i jego szczęścia. Jak się wyraża Julian Ejsmond (Bajki i prawdy, wyd. 1, s. 129): „Mrok nie dlatego jest, że nie ma słońca, lecz, że się ziemia odeń odwróciła”.

3. Osłabienie woli. Sami to stwierdzamy na podstawie doświadczenia, że smutek wpływa bardzo ujemnie na naszą wolę. Zgorzknienie wewnętrzne paraliżuje naszą wolę. Świetny znawca życia wewnętrznego, O. Faber, powiada bardzo słusznie, że „smutek jest pewnym gatunkiem ułomności duszy. Człowiek zasępiony i przygnębiony nie będzie nigdy niczym więcej tylko rekonwalescentem w Domu Bożym. Zamiast, żeby on służył Panu Bogu, jako swemu Ojcu i Królowi, musi Pan Bóg stale jemu służyć jako sanitariusz. Twierdzę, że nie ma większej ułomności moralnej jak skłonność do wiecznego narzekania i przeczulenie. Radość to dopiero świeżość i rzeźkość naszego ducha!“.

Słynny pisarz duchowny Rodrycjusz (cz. 2, ks. 6, r. 1), powołując się na św. Grzegorza Wielkiego, wylicza szereg szkód, pochodzących ze smutku, a wśród nich 1) osłabienie duchowe, 2) niechęć do modlitwy, 3) wreszcie powiada, że „smutek ściela drogę do wielu pokus“.

Najbardziej groźnym rodzajem smutku jest zniechęcenie, łac. acedia. Jak pisze O. Piotr Charles SJ (Modlitwa na każdą godzinę, 1932, s. 57): „Zniechęcenie zbyt głęboko leży w ludzkiej naturze, aby nas mogło dziwić. I mało jest takich serc, do których nigdy ten podstępny wróg nie wtargnął mniej lub więcej. Nawet gdy ustąpi, nawet kiedy wskutek doświadczenia Bożej dobroci powódź małoduszności i fale nieufności cofną się, to jednak ich wylew zostawia w duszy jakby pokład niezdrowego mułu, w którym grzęzną i brudzą się dobre pragnienia, w którym wszelki poryw serdecznej szczerości względem Boga zostaje ubezwładniony w zarodku”.

B) Musimy jeszcze obmyśleć odpowiednie środki obronne przeciw zgubnemu smutkowi i przygnębieniu. Mistrza życia duchownego wskazują przede wszystkim na trzy środki w tym kierunku. Jako niezawodną obronę polecają tu 1. modlitwę, 2. pamięć o Panu Bogu, 3. prawdziwie chrześcijański tryb życia.

1. Modlitwa. Na zawsze pozostaną niezapomniane wśród wiernych słowa św. Jakuba Apostoła: „smuci się kto z was, niech się modli!“ (Jk 5, 13). Nasze smutki, nasze przygnębienie i zniechęcenie, pochodzą najczęściej stąd, że najrozmaitsze troski i kłopoty doczesne gniotą nas i nieraz nawet odbierają chęć do życia. Otóż modlitwa zwraca nas od wszystkich małych trosk i zmartwień ku „rzeczom wyższym“ (św. Stanisław Kostka), ponad to wszystko, co przemijające i tym samem już wnosi spokój w udręczone serce ludzkie, wznosząc je ponad mgławicę smutku, która zasłaniała Boga i niebo. Z tą chwilą, kiedy należycie ocenimy nasze biedy i uciski ziemskie, już znika co najmniej połowa smutku i przygnębienia. Modlitwa wprost sprowadza radość i wesele w duszę jak balsam kojący, czerpany u Bożego tronu, i siłę do przetrzymania najcięższych ucisków na tej dolinie łez.

2. Pamięć o Panu Bogu. Ludzie smutni przeważnie nie myślą o Panu Bogu, tylko o sobie. Być smutnym, tyle znaczy co myśleć prawie zawsze tylko o sobie. Gdybyśmy myśleli więcej o Panu Bogu i jego najwyższych i niezrównanych przymiotach, na pewno radość zawitałaby do naszego serca. Pomyślmy tylko na chwilę o wszechmocy Bożej, o jego niezgłębionej mądrości, o dobroci bez granic, o jego miłosierdziu, które jest „ponad wszystkie jego dzieła“, o jego najczulszej Opatrzności, która wszystkim kieruje i wszystkim rządzi! Znowu pisze O. W. Faber (Das heiligste Altarsakrament, 1906, s. 192): „Nic w życiu nie napawa ani w przybliżeniu taką słodyczą jak myśl o Panu Bogu! Ręce nasze bezwiednie szukają go wśród ciemności. Dotykają tysiąca różnych przedmiotów i porzucają je w tej chwili, bo to nie to, czego one szukają. One nie zastąpią Boga! Oko nasze niespokojne i nienasycone ślizga się po całym mnóstwie rzeczy, ale dopiero, gdy spocznie na Bogu, odnajduje swój spokój i zażywa pełnej radości. Bóg jest ojczyzną naszego rozumu i naszego serca. A kiedy jego wola stanie się ojczyzną naszej woli w czynach i pożądaniach, wówczas będziemy mieli niebo już tu na ziemi”.

3. Prawdziwie chrześcijańskie życie. Chrześcijański tryb życia, przeprowadzony konsekwentnie w życiu każdego ucznia Chrystusowego, na pewno stanie się niezawodnym środkiem przeciw przygnębieniu i smutkowi. Ale kto z ludzi współczesnych prowadzi życie prawdziwie chrześcijańskie? Gdzie są ci chrześcijanie, którzy „biorą krzyż na każdy dzień“ i idą za Chrystusem ożywieni tą myślą, że im więcej im przyjdzie tu pocierpieć, tym wyższy stopień chwały czeka ich tam? którzy wraz ze swym Mistrzem umieją wznieść się ponad wszystkie ziemskie dobra i powiedzieć na serio: „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a na duszy swej szkodą poniósł?“ Każdemu jest jasne, że gdybyśmy dziś zaczęli żyć na serio po chrześcijańsku, gdybyśmy dziś na wszystkich naszych biedach, troskach, kłopotach, kryzysach gospodarczych położyli wielki i święty znak Krzyża Chrystusowego, dziś uciekałaby z serc naszych zmora smutku i przygnębienia! „Dumni uczniowie pogańskiego filozofa Zenona chełpili się głośno tym, że tylko Stoik jest bogaty, tylko Stoik jest zdrowy, tylko Stoik wolny, tylko Stoik mądry i dlatego tylko on jest też szczęśliwy. Ale to, czym się oni chełpili, nie odpowiadało prawdzie. Spełniło się to dopiero na chrześcijaninie, o ile jest prawdziwym uczniem Ewangelii!” (Fr. Leopold Graf zu Stolberg, Ein Buechlein von der Liebe, 1881, s. 26). Żyjmy naprawdę po chrześcijańsku, a nie będziemy się martwić o trudnościach życia codziennego, tylko o to co najważniejsze – o zbawieniu wiecznym. Amen.

 

Na podstawie: Ks. Omikron, w: Nowa Bibljoteka Kaznodziejska, t. XLVIII, 1935, s. 341.

Św. Stanisław, 8.05.2014

Drodzy Wierni!

Są w dziejach społeczeństw rocznice i momenty, ku którym wracamy z radością. Tym bardziej, gdy w naszych przeżyciach odnajdujemy podobieństwo dzisiejszych dni z minionymi wiekami, co skłania nas do wejrzenia w chlubne tradycje i nauki naszych przodków. Tak jest też z chwalebnym życiem św. Stanisława, biskupa i męczennika, którego uroczystość obchodzimy dzisiaj.

Cofnijmy się myślą 7 wieków wstecz. Bratnie narody Czechów, Węgrów, pielgrzymi z ziemi Ślęzan, Morawian, Mazowsza czy Rusi, Pomorza i Ziemi Wielkopolskiej, Wrocławianie i Gnieźnianie ciągnęli tłumnie z pokorną modlitwą do trumny św. Męczennika, co w głoszeniu Ewangelii nie przeląkł się gróźb butnego władcy, Bolesława. Ciągnęli na powitanie legata papieskiego, który wiózł z dalekiego Rzymu pismo kanonizacyjne, głoszące świętość wielkiego Polaka. W szeregach pątniczych widziano królową Kingę, Salomeę z Węgier, Bronisławę z pustelni, Jacka i Czesława – dominikanów, tych, którzy u trumny św. Stanisława uczyli się kochać po Bożemu Kościół w Polsce, tych, którzy poszli w ślady mężnego biskupa, by stać się orędownikami spraw tego narodu przed Bogiem. Takich tłumów Kraków jeszcze nie widział… Kazania głoszono w pięciu językach. A jednak ten naród, różniący się jeszcze mową czy zwyczajami dzielnicowymi, jednoczył się pod przewodem swego Patrona. W ten sposób kult św. Stanisława budził polską i katolicką świadomość narodową. Idea wielkiego Biskupa, by budować i łączyć, jednoczyć i zespalać w oparciu o Ewangelię plemię Lechitów w potężny organizm – zaczęła żyć, zaczęła tworzyć, obejmowała cały naród polski. Odbudowie Ojczyzny po zniszczeniach wojen dzielnicowych czy najazdów tatarskich patronował więc św. Stanisław, męczennik wierności prawdzie ewangelicznej na ziemiach polskich.

Przypatrzmy się bliżej tej postaci budowniczego jedności narodowej w oparciu o zasady nauki Chrystusowej, postaci męczennika, który za swą wielką ideę złożył własne życie w ofierze na ołtarzu wiary. Jak wiadomo bowiem, za sprawą samego króla, pysznego i gwałtownego Bolesława Śmiałego, doszło do przelania krwi św. biskupa. Był to odwet ze strony króla, którego świątobliwy biskup upominał wielokrotnie za jego naganne postępowanie względem poddanych, aż wreszcie zmuszony był rzucić nań klątwę kościelną. Nie tyle więc osobistym życiem, jak tyranią wobec poddanych król wywołał ten święty gniew swego pasterza, zakończony klątwą rzuconą na dom królewski. Król bowiem, jak powie historyk ks. Długosz, „karał bez miary; nikt nie był pewny ni życia, ni majątku“.

Powstały na tym tle konflikt pomiędzy królem i biskupem, zakończony tragedią męczeństwa, to walka dwóch ideologii. Bo oto spotkały się dwie postacie: z jednej strony król, który dla dobra ojczyzny – pojmowanego według swoich, jeszcze o zabarwieniu pogańskim, poglądów, gotów był na wszystko, bez rozróżniania, gdzie dobro, sprawiedliwość czy słuszność i który nie cofał się nawet przed tyranią gwałtu i zemsty. Z drugiej strony biskup, któremu to samo umiłowanie ojczyzny nakazywało trzymać się Ewangelii, głoszonej otwarcie i zawsze jednakowo, zarówno „wielkim“ jak „maluczkim“. Król rządził bezlitosną surowością. Biskup przypominał, że sprawiedliwość łączyć trzeba z prawem miłości, jako najważniejszym nakazem Ewangelii Chrystusowej.

Można powiedzieć, że w swym stosunku do państwa św. Stanisław – to polski Atanazy i Ambroży. Historia znała już takie konflikty. Oto np. cesarzowi Konstancjuszowi zdawało się, że wielkim i możnym wszystko wolno, gdy w 355 r. wołał do biskupów w Mediolanie: „Musicie mnie słuchać albo zostaniecie wygnani ze swych biskupstw!“. Albo wybitny biskup, św. Atanazy, idzie na wygnanie, bo nie mógł w imię Ewangelii zgodzić się z postępowaniem cesarza Konstantyna, który przywraca heretykowi Ariuszowi i jego poplecznikom dawne stanowiska kościelne; bo nie mógł wyrzec się tej podstawowej dla Kościoła prawdy, że władzę w Kościele powierzy Chrystus Piotrowi. I dlatego wielki Anatazy tułaczką swego wygnania nie waha się bronić niezależności owczarni Chrystusowej.

Inny wielki biskup, św. Ambroży, nie wahał się przed zwycięskim cesarzem, Teodozjuszem, zamknąć bram katedry mediolańskiej, gdy ten tłumiąc legionami rzymskimi garstkę buntowników wywarł zemstę na bezbronnych mieszkańcach. U wrót spalonej i zrównanej z ziemią Tesaloniki dla postrachu innych poddanych kazał Teodozjusz postawić piramidę z kilku tysięcy głów pomordowanych niewiast, starców, dzieci i nielicznych buntowników! A potem w tryumfalnym pochodzie pośpieszył na dziękczynne nabożeństwo do katedry. Wówczas biskup Ambroży zastąpił mu drogę, bo Ewangelia Chrystusowa nie zna prawa zemsty i okrucieństw. Mężna postawa biskupa Ambrożego sprawiła, iż wierzący cesarz poznał swój błąd. Widziano go potem w worze pokutnym, jak klęcząc u bram katedry w Mediolanie publicznie korzył się przed Bogiem żebrząc: bracia i siostry, módlcie się, bo wielce zgrzeszyłem przeciwko Bogu.

Podobnie wołał i napominał biskup Stanisław wskazując królowi Bolesławowi drogę chrześcijańskiego postępowania względem poddanych. I jak szczyci się Zachód męstwem słusznej postawy św. biskupa Ambrożego, a Wschód z dumą wspomina postać wielkiego Atanazego, tak ziemia polska może być dumna z tego, że zrodziła św. Stanisława. Wszak były to dopiero zaczątki chrześcijaństwa w Polsce, a już wyrósł jej wielki obrońca i męczennik, św. Stanisław, którego hasłem były słowa św. Pawła: „Nie wstydzę się Ewangelii”.

I to właśnie łączy nas, ludzi czasów obecnych, z osobą św. Stanisława. To zbliża nam tego męża Bożego. Dzisiaj przecież również powinniśmy bronić praw naszej wiary i Kościoła przed rosnącą tyranią bezbożnego państwa, nie lękać się dać świadectwo całej nauce ewangelicznej, zachować świadomość właściwego stosunku między posłuszeństwem względem władz świeckich a posłuszeństwem względem Boga.

„Nie wstydzę się Ewangelii” – oto przewodnia myśl życia św. Stanisława. Hasło to musi stać się naszym drogowskazem. I jak dziesięć wieków temu za Polskę Chrystusową popłynęła krew biskupa krakowskiego budząc wielkie i święte postacie budowniczych tego katolickiego narodu, tak i dziś woła ona do nas: wielkość, potęga, szczęście i zbawienie możliwe jest tylko w oparciu o Ewangelię. Amen.

 

Na podstawie: Ks. L. Rychwalski, w: Współczesna ambona, nr 2 (42), 1958, s. 294.

2. niedziela po Wielkanocy, 4.05.2014

Drodzy Wierni!

Druga niedziela po Wielkanocy nosi nazwę niedzieli Dobrego Pasterza. Treścią bowiem dzisiejszej Ewangelii jest przypowieść o dobrym pasterzu, który naraża swoje życie na niebezpieczeństwo dla dobra swoich owiec. Pan Jezus w przenośni rozmaicie nazywał swój Kościół, raz królestwem, od którego klucze czyli władzę najwyższą oddał Piotrowi; to znowu budynkiem, postawionym na fundamencie Piotrowym; to wreszcie owczarnią, w której sam jest dobrym Pasterzem, Piotr zaś jego widomym zastępcą. Pobudką do wypowiedzenia przypowieści o dobrym pasterzu było zachowanie się przełożonych żydowskich wobec ślepego od urodzenia, którego Chrystus uzdrowił. Cud był każdemu widoczny, ale faryzeusze chcieli koniecznie zatrzeć po nim wszelkie ślady. A że ów uzdrowiony jawnie głosił, że Pan Jezus go uzdrowił, wykluczyli go ze synagogi. Wtedy to Pan Jezus opowiedział przypowieść o dobrym pasterzu, w której uwydatnia w przeciwieństwie do przewrotności faryzejskiej swe bezgraniczne poświęcenie dla nas i swą doskonałą znajomość dusz ludzkich.

I. „Jam jest pasterz dobry”, mówi Pan Jezus o sobie. Życie pasterskie było w Ziemi Świętej doskonale znane. Na stokach licznych gór, na obszernych pustkowiach, wypasały się całe stada owiec. Wypędzano je z domu wiosną w góry i tam pozostawały aż do zimy. Na noc spędzano je do wspólnych zagród, zwanych owczarniami. Między owczarnią a Kościołem katolickim można zauważyć wiele podobieństwa. Przez Chrzest św. wezwał nas Pan Jezus do wspólnego życia łaski, do jednej społeczności duchowej, którą sam kieruje swoją nauką i łaską. Prawdy naszej wiary są tymi szrankami, które nas chronią od zejścia na manowce. Pan Jezus jest więc tym dobrym Pasterzem, który nas gromadzi, jednoczy, karmi swą nauką i kieruje życiem.

Najpiękniejszy rys swego boskiego pasterzowania wymienia Zbawiciel sam, mówiąc: „Dobry pasterz duszę swą daje za owce swoje“. Pasterzowanie wśród owiec nastręcza nieraz wiele niebezpieczeństw. Zwłaszcza w odległych górach, gdzie kryją się drapieżne zwierzęta, trzeba nieraz życie narazić na niebezpieczeństwo, by uchronić trzodę od szkody. Pan Jezus okazał się najlepszym pasterzem, skoro życie swoje nie tylko narażał na niebezpieczeństwo, ale je rzeczywiście na krzyżu za nas oddał. Za przykładem Mistrza szli wszyscy dobrzy pasterze owczarni Chrystusowej i nie żałowali niczego w obronie swych owieczek. Przez pierwsze trzysta lat istnienia Kościoła wszyscy prawie papieże pomarli śmiercią męczeńską.

„Tylko najemnik i który nie jest pasterzem, którego nie są owce własne, widzi wilka nadchodzącego i opuszcza owce, i ucieka; a wilk porywa i rozprasza owce”. Rzecz oczywista, że człowiek najęty do pasienia, nie zdobędzie się na tyle serca i poświęcenia, co właściciel. I objaśnia Pan Jezus, dlaczego, bo „najemnik ucieka, iż jest najemnikiem i nie ma pieczy o owcach”. Sama umowa służbowa nie wymaga tak wielkiej ofiary względem pracodawcy, żeby aż życie narażać w obronie jego majątku. Dobrowolnego zaś poświęcenia tak wielkiego trudno oczekiwać. Jaka to ogromna radość dla nas, że mamy dobrego pasterza nad sobą. Ludzie od bardzo dawnych czasów nazywali swych władców pasterzami. Już w najstarszych księgach greckich królowie są nazywani pasterzami ludów. I Pismo św. nazywa często królów pasterzami. Ale na pewno żaden z władców świata nie może siebie nazwać pasterzem dobrym w całym tego słowa znaczeniu. Jeden tylko Pan Jezus jest pasterzem dobrym bez wszelkiego ograniczenia. Jak troszczy się o owce widzimy na wiekowym istnieniu Kościoła, którego nie mogą zniszczyć żadne moce. Jak karmi nas zdrową nauką wiemy stąd, że żadna błędna nauka w łonie Kościoła się nie utrzyma, bo ją Kościół zaraz rozezna i potępi.

Tak łaską swoją budzi nas nieustannie do życia Bożego, tak wreszcie poświęca się dla nas, że nie tylko umarł za nas na krzyżu, ale co dnia umiera we Mszy świętej, ofiarując się za nas. Czy ten dobry Pasterz nie porwie nas ku sobie tą ogromną swoją dobrocią? Czy nie oddamy się jego opiece z całą ufnością?

II. „Jam jest pasterz dobry; znam moje, i znają mnie moje; jako mnie zna Ojciec, i ja znam Ojca. A duszą moją kładą za owce moje“. Dalszym więc przymiotem dobrego pasterza jest doskonała znajomość owiec czyli dusz ludzkich. Wielki to dar każdego władcy umieć poznać się na ludziach. Opowiada historia o słynnym cesarzu greckim Justynianie, że bardzo wiele dobrego zrobił dla państwa. Prowadził zwycięskie wojny, uporządkował stosunki w państwie przez mądre prawa, pozostawił budowle tak cenne, że są najpiękniejszymi wzorami ówczesnego budowania. Słowem wielki to był władca, ale nie tyle przez osobiste zdolności, co przez umiejętny dobór ludzi. Umiał poznawać się na ludziach i odpowiednio uzdolnionym powierzać stosowne czynności. Któż jednak na świecie może się porównać pod względem znajomości dusz ludzkich z Boskim Pasterzem? Wszak Pan Jezus nie odgaduje i nie doświadcza zdolności ludzkich, ale wprost czyta w sercach ludzkich. Tak samo zna Dobry Pasterz nasze potrzeby. Nie tylko je zna, ale nas miłuje, bo „duszą swą kładzie za owce swoje”. I my powinniśmy się starać poznać dobrego Pasterza, nie tyle znajomością uczoną, przez przeczytanie wielu książek, które rozszerzają umysł ale nieraz wyziębiają serce; alej poznawać winniśmy naszego Boskiego Pasterza życiem wewnętrznym, współdziałaniem z jego łaską świętą, jednoczeniem serc naszych ze Sercem Bożym.

Ale i znajomość dusz, naszej pieczy powierzonych, bardzo nam jest potrzebna. W wielu wypadkach moglibyśmy na czas złemu zaradzić, gdybyśmy znali dobrze słabości dusz dzieci i podwładnych. Moglibyśmy nieraz dobrze pokierować życiem naszych najbliższych, gdybyśmy należycie znali ich przymioty, wady, ich zdolności i umiłowania. I sobie moglibyśmy oszczędzić przez to wielu złudzeń co do ludzi i wielu zawodów.

W przypowieści o dobrym pasterzu Pan Jezus nie tylko wymienia najważniejsze przymioty dobrego pasterza, ale i dodaje troski swego pasterskiego serca. Mówi bowiem: „Inne owce mam, które nie są z tej owczarni; i one роtrzeba, abym przywiódł, i słuchać będą głosu mego; i stanie się jedna owczarnia i jeden pasterz”. Pierwszą owczarnią Chrystusową był naród izraelski. Ale od razu pomyślał Jezus i o tych narodach, które stały poza owczarnią. Przywiódł je Pan Jezus z czasem do owczarni, bo narody pogańskie tłumnie weszły do Kościoła. Nigdy jednak, ani przy końcu świata, tak nie będzie, żeby wszyscy ludzie przyjęli wiarę Chrystusową. A kiedy Pan Jezus mówi o jednej owczarni i jednym pasterzu, to rozumie przez to swój Kościół, który będzie jeden dla wszystkich narodów, choć wielu ludzi pozostanie poza Kościołem.

III. Władzę swoją wykonuje Pan Jezus z wysokości nieba w sposób niewidzialny przez działanie swojej łaski w duszach ludzkich. Tu na ziemi zaś pozostawił swego zastępcy, na którego przelał urząd pasterski. Po trzykroć bowiem nad jeziorem Genezaret polecił Piotrowi: „Paś baranki moje, paś owce moje”. Pasterzem więc nie samozwańczym ale prawdziwym owczarni Chrystusowej jest każdorazowy papież. Stąd znane twierdzenie św. Ambrożego: „Gdzie Piotr (to znaczy biskup rzymski) tam Kościół”. Gdzie zaś nie uznają władzy biskupa rzymskiego, tam nie ma owczarni Chrystusowej, tam nie ma Kościoła Chrystusowego.

Obyśmy byli dobrymi owcami Chrystusowymi; obyśmy słuchali głosu nie tylko samego Chrystusa, ale i jego zastępcy widomego, najwyższego pasterza w Kościele, kiedy on głosi naukę wszechczasów Kościoła. Znajdźmy kiedyś czas przeczytać przynajmniej najważniejsze z encyklik papieskich, dotyczących spraw współczesnego świata, pogłębiajmy w tradycyjną naukę Kościoła, przejmiemy się duchem kościelnym, wtedy pozostaniemy na zawsze w owczarni Chrystusowej. Amen.

 

Na podstawie: Ks. A. Rejkowski, w: Nowa Bibljoteka Kaznodziejska, t. XLVI, 1934, s. 268.

Maryja Królowa Polski, 3.05.2014

Drodzy Wierni!

Wszystko, co wychodzi z rąk Bożych, jest dobre, bo jest dziełem Tego, który jest źródłem wszelkiej dobroci. Czytamy też w Piśmie św., że wszystko co stworzył, uznał sam P. Bóg za „dobre” (Rdz 1, 10). Ale jest jedno stworzenie, na które On spogląda ze szczególniejszą radością: jest to ta Dziewica, niepokalanie poczęta, do której mówi Duch Św. w Pieśni nad pieśniami (6, 7): „Cała jesteś piękna, przyjaciółko moja, a nie masz w Tobie zmazy”. Jak gdyby powiedział: oto moje oczy wszystko widzą, wszystko przenikają na wskroś i nie zakryje się przed nimi najmniejsza plamka, najmniejsza niedoskonałość, a przecież i ja w tobie nie dostrzegam zmazy! – Widzicie, mówi On dalej do swoich aniołów i do nas: „Jedna jest gołębica moja, doskonała moja” (ib. 6, 8). Nie masz na świecie nic do Niej podobnego, Ona jedna jest doskonałą! – A któż wypowie, jakie podziwianie ogarnęło na Jej widok wszystkie duchy niebieskie? „Któraż to jest?”, pytają. Piękność jej wydaje im się podobną do cudownej a tak cichej i łagodnej światłości księżycowej: „piętna jak księżyc”. Ale widzą w Niej także jasność zorzy porannej i jeszcze więcej, bo olśniewający blask słońca: „wybrana jako słońce”. A cóż my, pełzające w prochu tej ziemi dzieci Adama, mamy powiedzieć na widok piękności tej, która została Królową nieba, Królową wszystkich tych aniołów? Jakże błogie uczucie powinno nas przejąć, kiedy zważymy, że Ona jest córką naszego plemienia i że w Niej mamy najpotężniejszą Opiekunkę, że wśród wszelkich burz i niebezpieczeństw, i klęsk, i wstrząśnień życia możemy zachować spokój duchowy, wiedząc, że Ona nie odmówi nam swej pomocy i nie dozwoli nam zginąć. Nie tylko więc w tej uroczystości Maryi Królowej Korony Polskiej, ale przez cale nasze życie trzeba nam o Niej pamiętać, wpatrywać się w niezrównaną piękność Jej duszy, naśladować Jej cnoty.

Dzisiaj zastanowimy się nad jedną tylko z tych cnót, nad Jej przedziwną pokorą. Wywyższona ponad wszystkie istoty na ziemi i niebie, obdarzona niesłychaną nigdy godnością królewską, uniża się sama, jak tylko może najgłębiej, wyznaje się służebnicą Pańską, poddaje się zupełnie Jego woli.

1. Nic nam nie daje lepszego wyobrażenia o prawdziwej wartości chwały i dóbr ziemskich, nic nie poucza, nas wyraźniej, że powinniśmy nimi pogardzać i podobać sobie w niskim stanie, w utrapieniach i upokorzeniach, nic nas o tym nie poucza dobitniej jak życie, które wiodła owa Dziewica Najśw. Od dzieciństwa poświęciwszy się Bogu, spędzała życie w świątyni, wśród pracy i modlitwy i czytania ksiąg św., nie pragnąc bynajmniej pokazać się ludziom, zajaśnieć między nimi swoją pięknością, – jedno tylko żywiła pragnienie, żeby Pan Bóg raczył co prędzej wsławić swoje imię pośród wszystkich narodów i zesłać im obiecanego Zbawiciela. Lecz nigdy nie spodziewało się pokorne Jej serce, że Ona właśnie ma zostać Jego Matką, że dla Niej przeznaczona ta najwyższa godność: jakże się więc zdumiała, kiedy Jej Archanioł objawił wolę Bożą!

A cóż było wówczas pierwszą Jej myślą, pierwszym Jej uczuciem? Czy jakaś dumna radość, jakieś zadowolenie miłości własnej? Nie! – Ona jest zatrwożona, bo lęka się o swoją czystość, bo nie chce mieć męża i woli się wyrzec nawet tego Macierzyństwa, niż utracić dziewictwo nieskalane nawet cieniem grzechu. Nie myśli sobie, że już teraz nie potrzebuje dotrzymać swego ślubu, że Ją sam Pan Bóg od niego zwolnił, że może zakosztować bez wahania dozwolonej uciechy pożycia małżeńskiego, ale pyta się z pokorą: „Jak się to stanie?”. Wszakże jestem i pozostanę dziewicą, wszakże z natchnienia Bożego poświęciłam się Jemu, Jego jestem własnością i nie mogę swego ciała oddać mężowi! Lecz kiedy anioł upewnił ją, że zachowa swoją czystość, poddaje swój rozum, który nie pojmuje zapowiedzianego cudu, poddaje i wolę swojemu Panu, wyznając się Jego służebnicą, której pierwszym obowiązkiem jest zupełne posłuszeństwo.

2. A jakież było dalsze Jej życie? Jakąż nagrodę otrzymała na ziemi? Doznawała Ona pociech wewnętrznych, których nikt nie zdoła wypowiedzieć, które Ją natchnęły do owej cudownej pieśni: „Wielbi dusza moja Pana” (Łk 1, 46), ale żyła ciągle w wielkim ubóstwie i poniżeniu, i nikt by nie poznał z tego, co miała, co Ją otaczało, że Ona jest Królową całego świata! A czyż Jej przyszło kiedykolwiek na myśl czynić P. Bogu wyrzuty, że Matka Jego Syna jest żoną cieśli? Ale niczym jeszcze było ubóstwo i ciężka praca wobec udręczeń, które ponosiła: zaledwie przyszło na świat Dzieciątko, musiała z Nim uchodzić do Egiptu przed okrucieństwem Heroda! – My grzesznicy poważamy się nieraz skarżyć i szemrać, kiedy nas ktoś uciska, kiedy nas prześladują i dręczą; nie chcemy uznać dobroci Boga, który używa nieraz ludzi jako narzędzia kary, jak niegdyś zapowiedział to Żydom przez proroka Izajasza. Powinniśmy raczej widzieć w utrapieniach, które nam zsyła sprawiedliwą karę za nasze występki, ale zarazem i wielkie dobrodziejstwo, bo cierpienia oczyszczają duszę i wyrywają z niej z korzeniem miłość ku ziemi. A przecież nasza miłość własna każe nam szemrać i pragnąć, żebyśmy mogli zwyciężyć wszystkie przeciwności!

3. A oto patrzmy na Matkę Bożą, jak odbywa uciążliwą drogę, zmuszona do ucieczki, a nie żali się, nie pyta Pana z wyrzutem, czemu nie zsyła swoich piorunów na okrutnego dzieciobójcę, czemu w obronie własnego Syna nie każe stanąć owemu Aniołowi, który niegdyś jednej nocy zabił w obozie asyryjskim tysięcy żołnierzy, a resztę wojska zmusił do ucieczki; nie pyta, czemu Ją tak wynagradza za Jej życie niewinne, za Jej poświęcenie i miłość. Ona się wyrzekła własnej woli i własnego rozumu, i powtarzała tylko za każdym nowym strapieniem: „Oto ja służebnica Pańska”.

4. A cóż powiedzieć mamy o owych chwilach najcięższych, kiedy miecz boleści przeszył Jej serce, stojącej pod krzyżem? – Naówczas zdawało się, że godność Macierzyństwa Bożego przyczyniła Jej tylko męczarni: takiego Syna utracić! – A zamiast Jezusa dostaje św. Jana, dostaje człowieka! On ma być Jej synem, ma Ją pocieszać i wspierać: „Niewiasto! oto syn twój”, mówi P. Jezus. Głęboka tajemnica zawiera się w tych słowach: Zbawiciel sam tak się upokorzył, tak pozbawił się wszelkiej pociechy, że stan Jego duszy ludzkiej był stanem człowieka, który czuje się przez Boga opuszczonym; więc jak gdyby stracił swego Ojca niebieskiego, już Go nie nazwał Ojcem, mówiąc: „Boże mój, czemuś mnie opuścił!”. W tym poniżeniu miała uczestniczyć i Matka Najśw., miała utracić na pewien czas swego Boskiego Syna! Więc już nie nazwał Jej Matką, ale niewiastą, i dał Jej innego syna, żeby Go zastąpił, o ile człowiek mógł zastąpić Boga. „On pozbywał się teraz ułomności ludzkiej, jak mówi św. Paulin (Ad Aug. ep. 50), z którą narodził się z niewiasty, i umierając na krzyżu, wchodził do wiecznej chwały Boga Ojca swego, więc ludzkie obowiązki, ludzką miłość dziecięcą włożył na człowieka”. I w tym smutnym opuszczeniu miała przeżyć Matka Najśw. jeszcze długie lata, tęskniąc do swego jednorodzonego Syna! Płaczą i narzekają wdowy, kiedy utracą swoje jedyne dziecko, podporę swojej starości, i zostają na łasce obcych, skarżą się, że je P. Bóg tak ciężko nawiedził, – niechże je pokrzepia wspomnienie, że i Matka Najśw. zaznała podobnej doli, podobnie musiała smucić się i tęsknić.

5. Widzimy więc, jak P. Bóg miłuje pokorę, jak Mu podobać się musi zupełne poddanie się Jego woli, kiedy na Matkę wybrał sobie najpokorniejszą z dziewic. „Chciał, żeby była dziewicą, jak mówi św. Bernard, bo znieść nie może zmazy grzechowej i przyszedł wszystkich oczyścić z plamy grzechu pierworodnego. Chciał też, żeby była pokorną, jako sam był „cichy i pokornego serca”. Dał Dziewicy godność macierzyńską, pobudziwszy Ją swoim natchnieniem do ślubowania czystości i zbogaciwszy Ją zasługą pokory. Żeby więc Rodzicielka Świętego świętych była Święta ciałem, otrzymała dar czystości; żeby była święta i duchem, otrzymała dar pokory” (Brewiarz, Festum Puritatis BMV). Jakaż w tym dla nas nauka! Nie myślmy, my, którzy jeszcze z pomocą Bożą zachowaliśmy stan łaski, że nam wolno uważać się za świętych, wynosić się ponad owe dusze grzeszników, że nam wolno zamiast pokornej modlitwy powtarzać przechwałki owego faryzeusza (Łk 18, 11) i mówić: „Boże, dziękuję Tobie, żem nie jest jako inni ludzie, drapieżni, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, jako i ten celnik”. Bójmy się raczej, żeby nie spełniły się na was słowa P. Jezusa (Mt 21, 81): „Zaprawdę powiadam wam, iż celnicy i grzesznice uprzedzą was do Królestwa Bożego”. Tak, mogą was uprzedzić, jeżeli uniżą się na wzór Magdaleny do stóp Jego i gorzkimi łzami żalu będą opłakiwać swe winy, nie śmiejąc oczu podnieść ku niebu! Jeżeli sobie przypisujemy jakąś cnotę, jakąkolwiek zasługę i dla niej się wynosimy, wtedy nie dajemy chwały Bogu, i sobie przywłaszczamy, co jest Jego własnością, bo bez Jego łaski nic nie moglibyśmy zrobić.

6. Pomnijmy zatem, jaki to przykład i jaką naukę daje nam Matka Boża i całe Jej ziemskie życie! I my nic nie żądajmy, oprócz chwały Bożej, żeby się imię Jego „święciło jako w niebie tak i na ziemi”, żeby wszyscy ludzie spełniali Jego wolę, żeby On królował we wszystkich sercach. A wówczas z Nią razem, nic nie mając, wszystkiego pozbawieni, będziemy wszystko posiadać! „Stawmy samych siebie, wedle słów św. Pawła (2 Kor 6, 4–10), jako sługi Boże, w cierpliwości wielkiej, w utrapieniach, w potrzebach, w uciskach… w miłości nieobłudnej, jako umierający, a oto żyjemy, jako karani, a nieumorzeni, jako smętni, lecz zawsze weseli, jako ubodzy, a wielu ubogacający, jako nic nie mający, a wszystko mający”. Wtedy będziemy brali udział w Jej wiecznym królowaniu na niebie. Amen.

 

Na podstawie: Ks. A. Pechnik, Kazania i nauki, 1923, s. 279.

Św. Józef Robotnik, 1.05.2014

Drodzy Wierni!

Najdroższe swoje skarby kryje skrzętnie przyroda przed oczami ludzkimi: kruszce głęboko we wewnętrznościach ziemi, perły na samym dnie morza, nawet płody roślin odsłania przed wzrokiem wszystkich. Podobnie dzieje się w dziedzinie życia nadprzyrodzonego, w dziedzinie łaski Bożej. Najwznioślejsza cnota, najczystsza świętość uchodzi zwykle uwagi ludzkiej, doznaje zapoznania; cnoty pospolite używają rozgłosu, są na ustach wielu. Tak też było w przypadku Świętego, którego Bóg wyniósł do najwyższej godności po Maryi między swymi św. sługami; którego Namiestnik Chrystusowy całemu Kościołowi dał za patrona; którego świętość zdaniem poważnych nauczycieli w Kościele, przewyższa po Maryi świętość reszty sług Bożych; w którym wzór dla siebie może z łatwością znaleźć każda dusza chrześcijańska. A przecież Jego cześć przez długie wieki w Kościele była zaniedbaną, bo za ledwo od XVI stulecia zaczęła się upowszechniać, i jeśli mało mówią księgi św. o N. Pannie, mniej daleko o św. Józefie. To, co Pismo św. o nim powiada, ogranicza się na doniesieniu: że pochodził z rodu Dawidowego, że był mężem Maryi, ojcem tj. opiekunem Jezusa, mężem sprawiedliwym, że, gdy zamierzał Maryję potajemnie opuścić, przestrzegł go Anioł Pański, iż za sprawą Ducha Św. narodzi się z niej Zbawiciel świata. Więcej jeszcze uderza, że Chrystus Pan podług świadectwa Ewangelii wychwala świętość Jana Chrzciciela, wiarę rzymskiego setnika, wdzięczność uleczonego przez siebie od trądu, gorącą miłość św. Maryi Magdaleny, a ani jednego słowa pochwały nie poświęca swemu świętemu opiekunowi.

Ale to uderzające w pierwszej chwili milczenie Zbawiciela, to skąpe świadectwo ksiąg świętych jakże się staje wymowną wskazówką tajemniczej wielkości św. Józefa, gdy na nie patrzymy okiem wiary! Ewangelie opowiadają o nim dostatecznie, aby nas przejąć głęboką czcią ku niemu, aby nas pobudzić do położenia w nim mocnej ufności i do szukania w nim wzoru wszystkich cnót.

Sam Pan Bóg uczy nas, w jak wysokiej czci powinniśmy mieć św. Józefa, a uczy nas przykładem własnym. Kogoż bowiem z swoich świętych sług uczcił tyle, co św. Józefa? Dał go Najśw. Pannie i Matce Zbawiciela za męża, a tym samym postanowił go panem i rządzcą domu swego na ziemi. Wyniósł go na urząd opiekuna, stróża i rządzcy Maryi, a tym samym uczynił go świadkiem jej nieskażonej czystości, obrońcą jej chwały i życia, towarzyszem jej prac, dróg, starań, uczestnikiem jej łask, darów i godności. Wyniósł go na urząd piastuna, karmiciela, ojca Chrystusowego i przez to przyjął go niejako do społeczności swego ojcowskiego imienia, aby, którego On sam ojcem jest od wieków, i Józef św. był nazwany ojcem tegoż boskiego jednorodzonego syna w czasie. Wyniósł go na urząd swego namiestnika na ziemi, aby nie tylko imię, ale poniekąd i jego osobę na sobie nosił, utrzymywał powagę, zastępował powinność względem Syna jego narodzonego z Maryi, aby on mu dał imię jako ojciec, nim rządził jak przełożony, go uczył jak mistrz, miał staranie o jego młodości, o zdrowiu, o życiu jako opiekun. Co to są za urzędy, co za cześć i chwała! Gdzież, kiedy i który z ludzi był tak uczczony, był wyniesiony do takiej chwały?

Jest on jedynym, mówiąc słowami św. Bernarda, „którego Bóg wcielony, Chrystus, postanowił matki swojej pocieszycielem, ciała swojego karmicielem, wielkiej swojej rady na ziemi najwierniejszym pomocnikiem“ (Super minus bon. XI). – On jeden jest, któremu nieba i ziemi Pani, Królowa aniołów, prawdziwa Matka prawdziwego Boga, oddana za oblubienicę, aby on jej był w przygodach obroną, w troskach pociechą. Prawdziwy Bóg, ten którego własnością jest okrąg ziemi, ten któremu służą wszystkie stworzenia, gdy łaknął będąc w ludzkim ciele, prosił go o pokarm, żywiąc się pracą jego rąk, „rósł w lata i siły”! – On jeden tylko znaleziony jest, któremu niedościgły w swoich radach Pan, nie tylko chciał je objawić jako najpoufalszemu przyjacielowi swemu, ale i poruczył do wykonania jako najwierniejszemu pomocnikowi! Jak mówi św. Bernard: „Bóg uczynił św. Józefa wiernym pomocnikiem swej rady: Quem constituit Dominus solum in terris magni consilii coadjutorem sibi fidelissimum”.

Gdy Pan Bóg tak wyniósł i uczcił św. Józefa, że obrał za męża Maryi i ojca Jezusa, czyż nie uczynił go na podobieństwo z Maryją szafarzem swoich łask i darów, i dawszy jeden klucz od swoich skarbów Maryi, jemu nie oddał drugiego? „Wątpić nie trzeba, mówi św. Bernardyn Seneński, że Chrystus onej poufałości, onej czci i uległości, którą wyrządzał Józefowi św. jako syn ojcu na ziemi, nie odjął w niebie, ale raczej okazuje ją w zupełniejszym i doskonalszym stopniu“ (Serm. de s. Joseph). Czegoż więc nie będzie mógł sprawić św. Józef uciekającym się w potrzebach do niego, będąc tak uszanowanym w niebie? Proszony przez nas prosić będzie swej najświętszej oblubienicy Maryi; a można li sądzić, aby prośba tego oblubieńca miała być wzgardzoną od tej oblubienicy? Prosić będzie swego Syna Jezusa, a można li przypuścić, aby prośba takiego ojca mogła być wzgardzoną od takiego syna? W cóżby się obróciła uczciwość i wdzięczność synowska? W cóżby poszły trudy, starania, zabiegi ojcowskie?

Przypomnijmy sobie św. Teresę z Awili, która w swoim żywocie świadczy nam, że doświadczyła na sobie jak na wielu innych mocnej obrony św. Józefa; oświadcza ona uroczyście, że gdy chodziło o jej duszę, gdy chodziło o jej cześć, św. Józef bronił ją mocno. Nie przypomina sobie, aby kiedykolwiek św. Józefa o co prosiła, a nie została wysłuchaną. „Wielkie łaski, pisze ta Święta, które mi Bóg dał przez niego i przez które uwolnił mnie od licznych niebezpieczeństw ciała i duszy. Zdaje mi się, że Bóg innym świętym pozwolił tylko w niektórych razach pomagać; lecz o św. Józefie zrobiłam doświadczenie, że na każdą potrzebę jego przyczyna jest skuteczną. Pan chce niejako okazać przez to, że jak na ziemi opiekunowi swemu we wszystkim był poddany, tak i w niebie królując, wszystko czyni, czegokolwiek Józef św. żąda. To doświadczenie zrobiły inne osoby, którym radziłam udać się pod opiekę św. Józefa. Przez miłość Boga, tak kończy św. Teresa, zaklinam każdego, który by nie chciał dać wiary słowom moim, niech sam spróbuje i do ego świętego z ufnością się uda“.

W Józefie św. dany nam wreszcie wzór wszelkich cnót, dany nam mistrz prawdziwy cnót chrześcijańskich. Jak kiedyś Faraon, król egipski do ludu zgłodniałego i wołającego o chleb, rzekł: „Idźcie do Józefa i czyńcie, co on wam każe“ – tak z większą jeszcze słusznością powiedzieć można duszom zgłodniałym chrześcijańskiej sprawiedliwości: „Idźcie do Józefa, oblubieńca Maryi, ojca Jezusa, patrona Kościoła i czyńcie, co wam każe, bo to mąż sprawiedliwy nie wedle ludzkiej, omylnej i zawodnej opinii, lecz według najprawdziwszego i nieomylnego wyroku Bożego; sprawiedliwy nie tylko sprawiedliwością zewnętrzną, ale obejmującą całą jego istotę, wszystkie jego stosunki do Boga, do bliźnich, do własnej duszy; sprawiedliwy, a więc wszystkie chrześcijańskie cnoty w doskonałym stopniu posiadający!”.

Św. Józef niech będzie dla wszystkich nas, w jakimkolwiek stanie zostajemy i na jakichkolwiek drogach do Boga zdążamy, za życia naszym patronem, a w śmierci naszym opiekunem – niechaj nas żyjących obejmuje ojcowską miłością, a konających wspiera swą pomocą i duszę naszą zaniesie na najświętsze ramiona Jezusa i Maryi. Amen.

 

Na podstawie: Biblioteka Kaznodziejska, t. 1, s. 160.

1. niedziela po Wielkanocy, 27.04.2014

Drodzy Wierni!

W tej pierwszej niedzieli po Wielkanocy przypominamy sobie szczególnie tą wielką tajemnicę Miłosierdzia Bożego, która objawia się przez odpuszczenie grzechów naszych i przez wzmocnienie wiary w Zbawiciela.

I. Jezus Chrystus dokonał swego dzieła i ma wrócić do swego Ojca niebieskiego. Pozostaje Mu jeszcze tylko przygotować środki, które by zabezpieczyły wieczną trwałość Jego wielkiego dzieła zbawienia, wylewali Jego Miłosierdzie w duszach wszystkich pokoleń ludzkich. Czyni to przenosząc poselstwo, które Mu poruczył Ojciec, na swoich uczniów.

1. „Jako mnie Ojciec posłał, tak i Ja was posyłam”. To są jego słowa. Jak był od Ojca posłany? Był posłany z Duchem miłości, która się lituje nad grzesznikiem, która siebie ofiaruje, aby grzesznika uratować. Z tym samym duchem wysyła swoich zastępców; ten duch ma w nich nadal żyć i działać. Dlatego mówi do Apostołów: „Weźmijcie Ducha Św.”. Dlatego tchnął na nich; chce swego ducha, swoją duszę, swoje wewnętrzne życie, swoją miłość przenieść na nich, oddając im siebie we własnym tchnieniu. Tak więc też duch Jezusa Chrystusa nie zniknął ze świata, lecz działa w nim aż do dnia dzisiejszego. Widzimy mężów, w których ten duch żyje, mężów, którzy z ognistym zapałem pragną pozyskać dusze ludzkie dla nieba, z pobłażliwością poszukują grzeszników, cierpliwie znoszą słabości, prześladowania mężnie cierpią, wszystko aby dusze ratować w duchu Jezusa Chrystusa. Tego ducha Jezusa Chrystusa ma udzielić święcenie kapłańskie.

2. „Jako Mnie posłał Ojciec, tak i Ja was posyłam”. Pytamy znowu, jak był Chrystus przez Ojca posłany? Posłany był ze znaczeniem i pełnomocnictwem Ojca. Nie mówił w swoim imieniu, nie swoją własną wolę uczynił, nie z własnej mocy działał, lecz w imię, w powadze i pełnomocnictwie Ojca. To zaznacza bezustannie Pan Jezus w wyraźnych słowach. Posyła także Apostołów, nie tylko udzielając im żarliwego zapału, lecz także swej mocy, która odpuszcza grzechy i uświęca. Dlatego w kapłanach mają wierni widzieć nie tylko światłych, dobrotliwych ludzi, lecz posłów Bożych, którzy ogłaszają słowo Boże, którzy spełniają tajemnice Boże i udzielają Jego sakramentów, którzy w imię Boga wiążą i rozwiązują.

3. „Jak Mnie posłał Ojciec, tak i Ja was posyłam”. Jak był Chrystus posłany? Aby grzech zniweczyć, aby świat uświęcić i sądzić. I tak też wysłał swoich Apostołów. Dlatego mówi do nich: „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. Tak są do dziś dnia mężowie w świecie powołani i umocowani w imię Boże sądzić, odpuszczając grzechy i uświęcając, albo też grzechy zatrzymując. Cóżby nam też pomogło, gdybyśmy tylko w ogólności wierzyli, że Bóg ułaskawia skruszonego grzesznika dla Chrystusa; my chcemy mieć pewność, że i my należymy do nawróconych i ułaskawionych. My chcemy stawić się przed od Boga ustanowionymi sędziami, aby nas badali i abyśmy usłyszeli nad nami wypowiedziane słowo przebaczenia, jak je kiedyś usłyszeli paraliżem ruszony i Magdalena. W odpuszczeniu grzechów jako w znaku widzialnym możemy łaskę jakoby namacalnie odbierać i rozeznać chwilę naszego ułaskawienia. To daje nam pociechę, tego nam potrzeba w naszych ciężkich niepokojach duszy, i to nam też rzeczywiście jest dane.

To wyznanie grzechów wydaje nam się często ciężkim. Pamiętajmy jednak, że nie możemy być usprawiedliwieni, jeżeli nie mamy ducha pokuty; tego ducha nie mamy, jeżeli się obawiamy oskarżyć się w pokorze przed kapłanem. Kto jest prawdziwie skruszony, ten czuje się popchniętym do wynurzenia serca i ulżenia sobie szczerym wyznaniem. Kto jest prawdziwie skruszonym, ten szuka pociechy i rady u sędziów od Boga ustanowionych, aby być pewnym, że mu przebaczono, i aby wiedzieć, co ma czynić, aby według sił pokutować za swoją winę. Kto się obawia wyznania, tego skrucha jeszcze nie poruszyła, ten nie pojął jeszcze, jak wielką jest jego wina. Myśli on, że to drobna sprawa, której można łatwo się pozbyć. Kto jest prawdziwie skruszony, ten odczuwa potrzebę zadośćuczynienia obrażonemu Bogu, ukarania siebie za grzech i oskarżenia się ze swej winy.

Żądanie, aby grzesznik stawił się przed kapłanem i wyznał mu swoją winę, nie podlega samowoli, i nie można go według upodobania obejść, lecz jest ściśle złączone z istotą prawdziwego nawrócenia się. Tylko w przypadkach, w których wyznanie jest niemożliwe, może grzesznik bez niego mieć nadzieję przebaczenia; wtedy przyjmuje Pan Bóg dobrą wolę za uczynek. Czym byłby świat bez odpuszczenia grzechów! Jaką wdzięczność winniśmy naszemu Panu Jezusowi za posłanie Apostołów, za ustanowienie sakramentu pokuty, za tę radosną pewność, której nam przezeń udzielił.

II. Drugim darem Miłosierdzia Bożego jest wzmocnienie naszej wiary. W dniu zmartwychwstania ukazał się Jezus swoim uczniom, gdy byli się zebrali w Jerozolimie, przy zamkniętych drzwiach. Tylko Tomasz nie był z nimi. Gdy mu drudzy mówili: „Widzieliśmy Pana”, nie uwierzył im. Tomasz wżył się całkiem w straszliwy los ukrzyżowanego Mistrza i jest jeszcze cały przepełniony smutkiem. Miłował Go serdecznie i był gotów umrzeć z Nim razem. Teraz ma w sercu tylko boleść za straconym. Dla nadziei nie ma u niego miejsca!

1. Skąd się biorą wątpliwości? Powodem ich jest często niepodobieństwo do wiary w to, co mamy wierzyć. Tomasz widział Jezusa pokrytego straszliwymi ranami, umarłego, w grobie leżącego, i oto tenże sam ma znowu żyć! Było to tak niepodobne do wiary, że chciał się przekonać własnymi oczami i dotykaniem ran. Ale co jest niemożliwe? Co się nam wydaje niemożliwym, to może się okazać rzeczywistym. Tego Tomasz doświadczył. Bądźmy pokorni, gdy czego nie możemy pojąć. Patrzeć mamy nie tylko na rzecz nie do wiary, lecz zważać także na wiarogodność tego, który nam ją zaświadcza. Przypomnijmy sobie, ile ukrytych sił znajduje się w przyrodzie, jeżeli mamy pokusę powątpiewania w istnienie i działalność ukrytych sił w świecie duchowym. Patrzmy na to, czy ten, który nas poucza, jest prawdomównym i może wiedzieć, co mówi. Więc wierzmy w to choć niepojęte – Temu, który z nieba przyszedł i ogłosił, co wiedział – Jezus Chrystus.

2. Częstą przyczyną wątpień religijnych jest nieuctwo. Nie zna się podstaw, na których prawda się opiera. Może ktoś wątpi, czy ze śmiercią nie przestanie istnieć. Widzi oczami, że wszystko, co żyje, trwa pewien czas, a potem znika; zaś mało lub nic takiego nie widzi, co by świadczyło o nieśmiertelności duszy. Gdy go opadną wątpliwości, niechaj im się nie oddaje, ale stara się o pouczenie. Im więcej światła, tym mniej wątpienia. Jak często pochodzi wątpienie religijne z fałszywego pojęcia! Np. ma się trudność uwierzenia w moc kapłańskiego odpuszczenia grzechów, ale tylko dlatego, że się ma fałszywe pojęcie, jakoby to odpuszczenie miało moc odpuszczenia także nienawróconemu bez żalu i pokuty. Powątpiewa się o zbawienność odpustów, bo mniema się fałszywie, że przez nie odpuszczają się grzechy. Jeżeli nam więc coś wydaje się nie do pojęcia, to patrzmy, czy może my się nie mylimy, nie pojęliśmy prawdziwej myśli nauki Kościoła.

3. Nieraz źródłem religijnych wątpliwości jest brak poważnych religijnych i moralnych przekonań. Nie odrzucamy prawd religii, ale gdy się dokładniej zastanowimy, przyznać musimy, że nam braknie głębszego przekonania. Nauki te przyjęliśmy, ale się nimi nie przejęliśmy; są w nas, ale nie są naszymi; znamy je, ale są nam w rzeczywistości obcymi; pojęliśmy je, ale nie stały się w nas życiem. Gdy odczuwamy jaką niepewność, czy może w końcu wszystko to niczym nie jest, nie oskarżajmy braku dostatecznych dowodów, lecz siebie samych. Póki w życiu naszym nie liczymy się prawdziwie z Bogiem i Jego prawdą, nie będzie Bóg czy Jego prawda nigdy w nas zupełną rzeczywistością.

4. Tomasz żądał widzieć i dotknąć ran Chrystusowych, a Pan Jezus spełnia to żądanie. Gdy się znowu ukazał uczniom razem z Tomaszem, rzekł do wątpiącego: „Włóż palec twój tutaj, podnieś także rękę swą, a nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Co odpowiedział Tomasz? Pełen radosnego zdumienia i pełen głębokiego zawstydzenia zawołał: „Pan mój i Bóg mój!”. Potem rzekł Jezus: „Żeś mnie ujrzał, Tomaszu, uwierzyłeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli!”.

Według tego słowa Pana Jezusa są dwie drogi do prawdy: samemu widzieć, i wierzyć na mocy świadectwa obcego. Pierwszą drogą prowadził Jezus swoich uczniów; pokazał się im, jadł z nimi i pozwolił się dotknąć. Druga droga jest naszą. Jezus Chrystus nie może być przed każdym człowiekiem ukrzyżowany i zmartwychpowstać; to się raz stało. Nam należy przyjąć świadectwo naocznych świadków i polegając na ich powadze, wierzyć. Pan Jezus nazywa nas błogosławionymi dla tej wiary. Dlaczego? Prawdy wiary, przez nas przyjęte, są nam pociechą i podporą, czynią nas bogatymi i szczęśliwymi, dają naszemu życiu treść i siłę. Błogosławionymi zwać się możemy dla wiary, która jest jedyną drogą do najszczytniejszych prawd; na innej drodze do nich dojść nie możemy. Błogosławieni więc którzy idą tą drogą i wierzą mocno w niezgłębione Miłosierdzie Boże, które objawiło się nam w Zbawicielu zmartwychwstałym. Amen.

 

Na podstawie: W. Sypniewski, Niedzielne ewangelje, t. 1, 1920, s. 282.

Poniedziałek wielkanocny, 21.04.2014

Drodzy Wierni!

Pobożne niewiasty nie mogły doczekać się niedzielnego poranku, aby pójść do grobu Pana Jezusa i wonnymi olejkami namaścić jego ciało. Tak prędko w piątek pochowano Jezusa, gdyż zachodził szabat i spieszono się, aby zdążyć ciało złożyć do grobu, dlatego nie mogły namaścić olejkami tak drogiego im ciała Chrystusa. W niedzielę więc jak najprędzej pragną tego dokonać. Toteż ledwo słońce wzeszło i jeszcze kryło się za górą Oliwną, a pobożne niewiasty spieszą już do grobu Chrystusowego. Serca ich, po tak strasznej i nieoczekiwanej śmierci Mistrza, przepełnione strasznym bólem, nie dają im spokoju. Ciągną je do grobu Chrystusowego, aby jeszcze raz na tej ziemi oddały Zbawicielowi ostatnią posługę. Martwią się jednak po drodze, kto im odwali ten ciężki kamień, który przykrywa grób. Przecież same, słabe niewiasty tego nie dokonają. Ale oto dochodzą już do grobu. Jakież ich zdziwienie radosne, że kamień odwalony i grób otworzony! Większa jeszcze radość, kiedy z ust Anioła słyszą tę wielką nowinę, że Chrystus Pan zmartwychwstał, że już jest wśród żywych, a nie wśród umarłych: „Jezusa szukacie Nazareńskiego, ukrzyżowanego, wstał, nie masz go tu” (Mk 16, 6).

Pobiegły uradowane podzielić się tą radosną nowiną z uczniami Chrystusa. Nadzieja odżyła! Chrystus zmartwychwstał, a więc i my zmartwychwstaniemy, zmartwychwstanie cała ludzkość, a zmartwychwstanie, a odrodzi się przede wszystkim na duchu. I to jest przyczyna radości, jaka panuje w dniu uroczystym Zmartwychwstania Pana Jezusa.

Zmartwychwstanie Jezusa było przede wszystkim odrodzeniem na duchu Apostołów i uczniów Zbawiciela. Ciemna noc zapadła w duszy wyznawców Chrystusa, kiedy Zbawiciel w Wielki Piątek zakończył swe życie na drzewie krzyża na Kalwarii. Jakkolwiek bowiem przez trzy lata słuchali nauki Jezusowej, jakkolwiek przez trzy łata byli świadkami tylu i tak wielkich cudów, to jednak jeszcze słaba była ich wiara w bóstwo Chrystusa Pana. Toteż załamali się na duchu w chwili pojmania Jezusa w Ogrójcu, chociaż Zbawiciel kilkakrotnie przepowiadał im swą mękę i śmierć krzyżową, chcąc ich przygotować na te ciężkie chwile. Piotr zaparł się Mistrza może nie tyle ze strachu i z bojaźni, ile dlatego, że nie mógł tego pojąć i pogodzić się z tym, aby ten, który wskrzeszał umarłych, któremu cała przyroda była posłuszna, mógł być pojmany, wiązany, sądzony. Z chwilą zaś, kiedy Zbawiciel zakończył doczesne swe życie na Kalwarii, nieograniczony smutek i zwątpienie ogarnęło ich dusze. Ciemna noc zapadła w duszach Apostołów i uczniów Chrystusowych.

Ale oto przychodzi poranek Niedzieli Wielkanocnej i Anioł Boży głosi pobożnym niewiastom radosną nowinę, że Chrystus Pan zmartwychwstał, że Mistrz ich żyje. A w ciągu dnia sam Zbawiciel ukazuje się zbolałej swej Matce Najśw., aby ją utulić i pocieszyć w jej smutku, dalej Marji Magdalenie, Piotrowi, innym uczniom i wreszcie wszystkim Apostołom zgromadzonym w Wieczerniku, z wyjątkiem Tomasza. I oto z duszy Apostołów ustępują ciemności, które opanowały je we W. Piątek. Radość nieograniczona napełnia ich dusze, bo teraz są już przekonani, że Pan Jezus jest prawdziwym Bogiem, gdyż teraz przypominają sobie dokładnie i zdają sobie sprawę z przepowiedni Pana Jezusa o jego śmierci i zmartwychwstaniu. Teraz pamiętają dobrze, że Zbawiciel zapowiedział, iż trzeciego dnia zmartwychwstanie. Teraz dopiero rozumieją doskonale słowa Pana Jezusa, wypowiedziane do Marty po śmierci Łazarza: „Jam jest zmartwychwstanie i żywot, kto wierzy we mnie, choćby i umarł, żyć będzie“ (J 11, 25). I oni dziś jakby na nowo ożyli, jakby zmartwychwstali, a zmartwychwstali na duszy. Kiedy zaś otrzymali jeszcze Ducha Św., stali się zupełnie nowymi ludźmi, stali się nieustraszonymi głosicielami nauki Chrystusowej, bo wiedzieli, że zmartwychwstanie Chrystusa jest to zmartwychwstanie ludzkości na duszy, to odrodzenie człowieka w Chrystusie dla Boga, to odrodzenie świata.

Dlatego to dziś i serca nasze przepełnione są radością Bożą. Nie dlatego się radujemy, żeby odtąd było nam lepiej pod względem materialnym. Nie dlatego, żeby od dziś miała zniknąć z oblicza ziemi wszelka bieda i nędza, a zapanować powszechny dobrobyt, ale dlatego, że zmartwychwstanie Chrystusa Pana jest dla nas zadatkiem zmartwychwstania na końcu świata do życia wiecznego, a teraz jest dla nas i musi być zmartwychwstaniem na duszy, odrodzeniem się do życia Bożego. Jeżeli więc chcemy, aby zmartwychwstanie Chrystusa Pana było dla nas zadatkiem zmartwychwstania naszego do wieczności, to i my musimy zmartwychwstać z lenistwa duchowego, zmartwychwstać z obojętności względem Boga i zbawienia swej duszy, jednym słowem, musimy odrodzić się na duszy. Tego odrodzenia na duszy bezwzględnie domaga się od nas Pan Jezus, który do Nikodema wyraźnie powiedział: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się kto nie odrodzi z wody i z Ducha Św., nie może wnijść do Królestwa Bożego“ (J 3, 5). Sam więc Zbawiciel wyraźnie domaga się od nas odrodzenia, zmartwychwstania na duszy dla Boga, dla Chrystusa. I jeśli kto nie odrodzi się na duszy „z Ducha Św.“, ten niech się nie łudzi, że wejdzie do Królestwa Bożego. Nie myślmy, że sprawy zbawienia naszej duszy mają się tak, jak sprawy ziemskie, doczesne, sprawy materialne, że niejeden z lenistwa mało o nie dba, aby tylko jakoś z dnia na dzień przeżyć, mówiąc: ,,A jakoś to będzie”. I tak rzeczywiście „jakoś“ przez to życie ziemskie przejdzie, nie zrobiwszy nic dobrego. Ale w sprawie zbawienia duszy zasada: „jakoś to będzie“, nic nie pomoże. Na zbawienie trzeba pracować i to pracować stale i uczciwie. Na zbawienie trzeba sobie zasłużyć, a do tego koniecznie potrzeba duchowo zmartwychwstać.

Aby duchowo zmartwychwstać, trzeba raz przestać być katolikiem od święta, z imienia, katolikiem tylko w kościele, lub z metryki, a odrodzić się na duszy, tzn. być katolikiem wszędzie i zawsze, katolikiem w życiu i w czynie. Duchowo zmartwychwstać, tzn. żyć według wiary, a do tego przede wszystkim trzeba dokładnie poznać zasady swej św. wiary, nie tylko spełniać przykazania Boże, które obowiązują i pogan, ale unikać nawet cienia grzechu dobrowolnego, a ćwiczyć się w cnotach i doskonałości chrześcijańskiej i szukać tego, „co w górze jest“, jak mówi św. Paweł.

Do tego zaś odrodzenia na duszy konieczne jest odrodzenie woli ku dobremu. Wola dzisiejszego człowieka jest chora, słaba, nie jest odporna na zło, które wszelkimi sposobami stara się wcisnąć do jego duszy. Dzisiejszy człowiek, mając słabą i chorą wolę, nie jest zdolny do poświęceń, do samozaparcia się, do umartwienia, a przecież tego wszystkiego potrzeba prawdziwemu wyznawcy Chrystusowemu, bo „kto chce iść za mną, niech weźmie krzyż swój na każdy dzień i naśladuje mnie“ (Łk 9, 23), powiada Pan Jezus. Kto więc chce iść za Chrystusem, ten musi mieć silną wolę, aby wytrwale znosić krzyże życia ziemskiego; ten wszędzie i zawsze musi swą wolę podporządkować woli Bożej i we wszystkim tylko szukać Boga. Aby zaś tę wolę tak umocnić, trzeba zasilać ją łaskami, zawartymi w Sakramentach św., a szczególnie trzeba często przyjmować Pana Jezusa w Komunii św. Ten, kto godnie i często będzie przyjmował do swej duszy Pana Jezusa, utajonego w Najświętszym Sakramencie, umocni swą wolę, która doprowadzi go do tego odrodzenia duchowego, do którego wzywa nas radosna uroczystość Wielkanocy.

Niechże więc to święto zmartwychwstania Pana Jezusa będzie dla nas początkiem odrodzenia naszego na duszy. Porzućmy dziś starego człowieka, człowieka słabego i grzesznego, a przywdziejmy człowieka nowego i stańmy się prawdziwymi wyznawcami Chrystusa. Niech i w naszej duszy Zmartwychwstanie Pańskie święci dziś triumf. Amen.

 

Na podstawie: Ks. S. Moszczeński, w: Nowa Bibljoteka Kaznodziejska, t. XVIII, 1935, s. 309.

Wielkanoc (w nocy), 20.04.2014

„Wesoły nam dzień dziś nastał, / Którego z nas każdy żądał, / Tego dnia Chrystus zmartwychwstał, / Alleluja, Alleluja!”

Drodzy Wierni!

Ten Jezus tak znienawidzony przez niewdzięcznych żydów, tak przez nich sponiewierany, wzgardzony; ten Jezus, którego oni nie chcieli uznać za Syna Bożego, obiecanego Mesjasza, owszem nazywali go uwodzicielem ludu i jako takiego osądzili na śmierć, ubiczowali, przybili do krzyża, okrutnie zamordowali, ciało zaś jego przywalili ogromnym kamieniem w grobie, – ten Jezus wstaje z grobu żywy i mówi: „Jam jest zmartwychwstanie i życie, kto we mnie wierzy, choćby umarł, żyć będzie” (J 11, 25).

Jam jest prawdziwym Synem Bożym, bo czyż słyszano kiedy, aby umarły swą mocą wstał z grobu żywy? Tego dokonać może tylko sam Bóg. Zawstydzeni żydzi szukają jakiegoś sposobu, aby fakt zmartwychwstania Chrystusa zatrzeć w oczach ludzi. Przekupują więc żołnierzy, którzy pilnowali grobu i byli świadkami zmartwychwstania Pana Jezusa, aby opowiadali wszystkim, iż gdy oni spali, przyszli Apostołowie i wykradli ciało Pana Jezusa z grobu. „O głupi i zaślepieni żydzi – woła św. Augustyn – widać i wy zasnęliście, kiedy ludzi śpiących wzywacie na świadków! Jeżeli bowiem żołnierze spali, to jakżeż mogli widzieć Apostołów, wykradających ciało Chrystusa?“. Ale nic nie pomogły wykręty przewrotnych jego wrogów. Wiadomość o zmartwychwstaniu Pana Jezusa rozbiega się szybko po całej ziemi Izraelskiej.

Jezus zmartwychwstały ukazuje się Magdalenie, Piotrowi i Janowi, dwom uczniom idącym do Emaus, dwunastu Apostołom w Wieczerniku, a potem więcej, niż pięciuset świadkom. Już nikt nie wątpi o jego zmartwychwstaniu. Chrystus zmartwychwstał, woła nawrócony jego prześladowca, św. Paweł, a zatem jest prawdziwym Bogiem i nauka jego jest prawdziwa. „Bo jeżeliby Chrystus nie zmartwychwstał, próżnym byłoby przepowiadanie nasze, próżną byłaby i wiara wasza” (1 Kor 15, 14).

Od czasu zmartwychwstania Pana Jezusa dzieją się rzeczy wielkie, nadzwyczajne. Nauka Pana Jezusa szerzy się po całym świecie, zdobywa coraz więcej zwolenników. Kościół katolicki szerzy się z zadziwiającą szybkością. Ale ten Chrystus zmartwychwstały mówi: „Jako mnie prześladowali, i was prześladować będą, ale ufajcie, jam zwyciężył świat” (J 16, 33). Żadna religia na świecie nie miała tylu wrogów i nie była tak prześladowana, jak Kościół katolicki. Powstają coraz to nowe związki różnych wolnomyślicieli, bezbożników i im podobne, które wzięły sobie za zadanie walkę z Kościołem katolickim. Wrogowie Kościoła nie mogą patrzeć na to, że jakiś kraj lub naród jest katolicki, dlatego próbują wykorzenić nawet te resztki zmysłu katolickiego, jakie jeszcze pozostały w świadomości i życiu ludzi.

A my katolicy, my wyznawcy Chrystusa, jak się mamy zachować w tych smutnych czasach? Wielu zaczyna tracić Wiarę. Są to ludzie słabi, którzy za lada powiewem wiatru przeciwnego łamią się, jak trzcina. Inni znowu kryją się, jak ci uczniowie Pańscy, którzy gdy zobaczyli Pana Jezusa pojmanego i związanego, pouciekali i skryli się z bojaźni przed żydami. I dziś nie brak takich bojaźliwych katolików. Wielu z nich, aby się nie narazić, jak sami mówią, wolą być w ukryciu, w życiu katolickim nie biorą żadnego udziału, cały ich katolicyzm polega na tym, że zajrzą czasem do kościoła i zachowują pewne tradycje. Innego duchu byli Święci Pańscy, np. św. Tomasz Morus w Anglii, wielki kanclerz państwa brytyjskiego z czasów króla Henryka VIII. Kiedy Henryk VIII odstąpił od prawdziwego Kościoła katolickiego i zmuszał do herezji wszystkich swoich poddanych, a w pierwszym rzędzie ministrów i urzędników państwowych, Tomasz Morus, który zajmował najwyższe stanowisko po królu, oświadczył królowi, że wiary katolickiej nie porzuci i zdrajcą Chrystusa nie będzie. Król starał się wszelkimi sposobami namówić Tomasza do porzucenia wiary, obiecywał mu najpierw wielkie nagrody, honory, bogactwa. Gdy jednak kanclerz trwał mocno przy wierze, król pozbawił go godności kanclerza, wtrącił do więzienia i skonfiskował mu cały jego majątek. A gdy i to nie pomogło, kazał go męczyć i katować. Św. Tomasz Morus nie dał się jednak odwieść od prawdziwej wiary, wolał umrzeć za Chrystusa, niż go się zaprzeć. I zginął jako męczennik. Oto prawdziwy wyznawca Chrystusa w życiu publicznym, świadek wiary w zmartwychwstałego Pana! Takich katolików potrzeba nam i w dzisiejszych czasach.

Czemuż wrogowie Pana robią tyle krzyku, czemu czują się tak silni i pewni siebie, czemu starają się narzucać nam swoje prawa? Bo katolicy, trzeba powiedzieć, śpią lub opuszczają ręce, gdy widzą, że zło na pozór bierze górę. Wrogowie Kościoła zdają się triumfować, jak żydzi po ukrzyżowaniu Chrystusa. Chcą przywalić Kościół wielkim kamieniem, jak żydzi przywalili ciało Pana Jezusa w grobie. Ale próżne ich wysiłki! Kościół katolicki zbudowany jest na silnej opoce, bramy piekielne nie przemogą go! Raz idzie obarczony krzyżem, wzgardzony, opuszczony zda się przez wszystkich i skazany na śmierć, ale znowu powstaje, jak Chrystus z grobu i odnosi triumf nad swoimi wrogami.

Tak samo będzie i teraz. Do czasu tylko triumfują wrogowie, przyjdzie czas, gdy Kościół św. dziś prześladowany i gnębiony, zajaśnieje jeszcze większą chwałą, a jego nieprzyjaciele będą pohańbieni i zawstydzeni. Łączmy się wszyscy do wielkiego dzieła odnowy Tradycji, nie traćmy nadziei, że Tradycja odzyska swe prawa w Kościele, że zdrowa doktryna, liturgia, dyscyplina kościelna zmartwychwstanie. „To jest zwycięstwo nasze, które zwycięża świat, wiara nasza“ (1 J 5, 4). Tej wiary św. trzymajmy się zawsze mocno, a możemy być pewni, że przetrwamy wszystko. Amen.

 

Na podstawie: Ks. S. Marchewka, w: Nowa Bibljoteka Kaznodziejska, t. XVIII, 1935, s. 315.

Wielkanoc (w dzień), 20.04.2014

Drodzy Wierni!

Wielki kaznodzieja Lacordaire głosił w swym kazaniu wielkanocnym: „Jest jeden grób, przy którym czuwa miłość, grób człowieka wyszydzonego, cierniem ukoronowanego, ukrzyżowanego. Jest to grób, który otaczają wkoło miliony tych, co idą za tym człowiekiem i kochają go. Sam ten fakt głosi jego zwycięstwo na wieki…“. Istotnie, na grobie, tzn. tam, gdzie kończą się dla ludzi wszystkie wielkości, na grobie „człowiek wyszydzony, cierniem ukoronowany i ukrzyżowany“ zatknął sztandar swej chwały. A dla nas, uczniów i wyznawców Ukrzyżowanego, u tego grobu umacnia się wiara. Już Apostołowie głosili tę prawdę, że cud powstania Chrystusa z grobu jest podstawowym cudem Ewangelii i chrześcijaństwa, kamieniem węgielnym i niewzruszoną opoką naszej św. wiary. Dlatego, że „Jezus Nazareński wstał z grobu”, Paweł poszedł na krańce wówczas znanego świata głosić „dobrą nowinę”. A tak był święcie przekonany o cudzie zmartwychwstania Pana Jezusa, że Koryntianom pisał po prostu: „Jeśli Chrystus nie powstał z martwych, próżna fest wiara wasza!” (1 Kor 15, 17). Nad tym podstawowym cudem chrześcijaństwa zastanawiając się w tę niedzielę Wielkiej Nocy, przypatrzmy się A) naukom, jakie ona podaje i B) radościom, jakie ze sobą niesie!

A) Nauki, jakie głosi niedziela Wielkanocna, wypisane są na grobie Chrystusowym. Kiedy jednak na innych grobach czytamy – w tej czy innej formie – „tu spoczywa”, to na grobie Zbawiciela świata czytamy: „Wstał! Nie ma go tu!”. Dlatego należy wsłuchać się dziś w te nauki, jakie płyną od tego grobu, o którym już Prorocy Starego Testamentu przepowiadali, że „będzie sławnym” (Iz 11, 10), bo ciało Chrystusa nie miało w nim „oglądać skażenia” (Ps 15, 10). Nauki te ująć możemy w trzy zasadnicze prawdy: 1) dusza ludzka jest nieśmiertelna, 2) ,,wierzę w ciała zmartwychwstanie“, 3) wierzę, że zobaczymy się poza grobem.

1. Dusza ludzka jest nieśmiertelna. Poganie dawni i ci najnowsi uważają śmierć ciała jako ostateczny kres wszystkiego dla człowieka, jako zniszczenie bezwzględne i ostateczne. Dla nas, uczniów Chrystusowych, śmierć jest czymś innym. Jest ona dla nas „końcem ziemskiej nędzy, zmianą gorszego szczęścia na lepsze, światłem dla gasnących oczu, skrzydłami, którymi odlatuje się w wieczną radość“ (Henryk Sienkiewicz). Trumny są dla nas kołyskami nowego życia. Wierzymy bowiem i wiemy o tym na pewno z nauki Pana Jezusa, że jest w nas pierwiastek duchowy, jest iskra Boża, która nie umiera. Całe zresztą dzieło Odkupienia o tyle tylko ma swój cel i sens istotny, o ile dusza nasza jest nieśmiertelna, o ile po śmierci ciała idzie przed tron Boży, by stać się dziedzicem Królestwa niebieskiego.

Zmartwychwstaniem swym Chrystus Pan udowodnił, że śmierć nie jest kresem, że dusza jest nieśmiertelna. A Stwórca to przeświadczenie o nieśmiertelności wypisał na naszej duszy na zawsze i nikt tego przeświadczenia nie zetrze, bo ono napisane palcem Wszechmocy. Toteż „dogmatu o nieśmiertelności duszy ludzkiej nie możemy odrzucić… bez zaprzeczenia sobie samym” (bp E. Bougaud, Chrystianizm i czasy obecne, 1906, t. 1, s. 271). Dogmat nieśmiertelności duszy uznali zresztą wszyscy uczeni, którzy szukali istotnego sensu życia. Jeden z nich (Fignier) powiada trafnie: „Cywilizacja, społeczeństwo i obyczaje, to jakby różaniec, którego nicią jest przeświadczenie o nieśmiertelności duszy. Zerwijmy tę nić, a wszystko się rozleci!”. Jeżeli chcemy zachować cywilizację, społeczeństwo i obyczaje, pisze ks. Stanisław Adamski (Substancjalność duszy, 1905, s. 23), potrzeba, by człowiek mógł czytać na wrotach, którymi wchodzi w życie: „Wierzę w Boga Stworzyciela!“, a na podwojach, którymi wychodzi z życia: „Wierzę w żywot wieczny!”. Najelementarniejsze poczucie sprawiedliwości głosi dogmat nieśmiertelności duszy! „Bez uczucia nieśmiertelności ducha świat jest zagadką. Z tym zaś uczuciem patrz koło siebie, a wszystko ci sprawiedliwość Bożą wytłumaczy!” (Juliusz Słowacki, List do matki, 1.02.1846).

2. „Wierzę w ciała zmartwychwstanie!”. Cud zmartwychwstania Pańskiego głosi nam nie tylko nieśmiertelność duszy. On nas poucza i upewnia, że i ciało nasze ma swą pewną nieśmiertelność. Rzucone bowiem w ziemię, jak to ziarno chlebne, obumarłe w ziemi, powstanie żywe na głos Boży. Nauka o ciała zmartwychwstaniu należy do całości wiary chrześcijańskiej tak, jak wiara w Boga i jego Syna jednorodzonego, który przyszedł na ten świat jako nowy Adam. Św. Paweł wracał niejednokrotnie do tej nauki. Wyjaśniał np. Koryntianom: „Teraz Chrystus zmartwychwstał, pierwiastki tych, którzy zasnęli. Ponieważ przez człowieka śmierć i przez człowieka powstanie umarłych. A jako w Adamie wszyscy umierają, tak i w Chrystusie wszyscy ożywieni będą” (1 Kor 15, 20n).

Nauka ta opiera się na fakcie zwyciężenia śmierci przez Chrystusa Pana. Z tego zwycięstwa płynie pewność zmartwychwstania naszego ciała. Św. Paweł, patrząc okiem wiary w przyszłość, powiada: „A gdy to śmiertelne (ciało) przyoblecze nieśmiertelność, tedy się stanie mowa, która jest napisa na: pożarta jest śmierć w zwycięstwie“ (Oz 13, 14; Żyd 2, 14). „Gdzie jest zwycięstwo twe, śmierci? Gdzież jest, śmierci, oścień twój?… Dzięki Bogu, który nam dał zwycięstwo przez Pana naszego Jezusa Chrystusa” (1 Kor 15, 54). I nasze zmartwychwstanie na końcu świata będzie cudem wszechmocy Bożej. Rozumem ludzkim nie pojmiemy, jak się to stanie. Wiemy jednak, że tak się stanie, jak to przepowiedział już cierpliwy Hiob: „Wiem, że Odkupiciel mój żyje i w ostateczny dzień wskrzeszony będę i obleczony będę w skórę moją” (Hi 19, 25n). Hiob wie, że Odkupiciel uczyni to, co się może niedowiarkom zdaje niemożliwym. I my wiemy, że do pełności Odkupienia należy i odkupienie ciała, i żeto ciało stanie kiedyś podobne do uwielbionego Ciała swego Odkupiciela przed tronem Bożym.

3. Pewność zmartwychwstania rodzi pewność, że grób nie pochłania, jak się to zwykło mówić po ludzku, naszych drogich i najbliższych, którzy nas wyprzedzili w przestąpieniu progu wieczności. Zobaczymy się na tamtym świecie. Dlatego to ludzie wierzący inaczej umierają niż ludzie pozbawieni wiary. Widzieliśmy takie przykłady śmierci chrześcijańskiej, okraszonej żywą nadzieją, dawniej na wsi polskiej. Jak świadczy Jan Słomka w swych Pamiętnikach (1912, s. 131), na wsi „umierali ludzie bez trwogi i z nadzwyczajnym spokojem. Gospodarz na przykład, gdy się czuł bliskim śmierci, wołał żonę i dzieci, sługi, krewnych i sąsiadów, powiadał, że wnet umrze, żegnał się z nimi, przepraszał, jeżeli co komu zawinił i prosił sąsiadów i kumów, żeby żonie pomogli wywieźć go na cmentarz. Słowem: wybierał się na tamten świat z takim spokojem, jakby niedługo z tej drogi miał powrócić. Dziś wielu z większym żalem i trwogą wyjeżdża do Ameryki…”.

Teraz ludzie na wsi i w miastach boją się śmierci i nawet unikają rozmowy o niej, rozpaczają przy śmierci ludzi bliskich, ponieważ znikła wiara w zmartwychwstanie.

B) Nauki niedzieli Wielkanocnej o nieśmiertelności duszy, zmartwychwstaniu ciał i o naszym zobaczeniu się na tamtym świecie odgradzają nas zdecydowanie od pogańskiego światopoglądu współczesnego i stawiają nas w zupełnie innym stosunku do życia doczesnego. Z prawd tych, wywodzących się z wielkiego dogmatu zmartwychwstania Chrystusa Pana, wyrastają dla nas trwałe i nieprzemijające radości, o ile oczywiście zmartwychwstaliśmy naprawdę duchowo z Chrystusem, o ile poszliśmy za tym wezwaniem apostolskim: „Przeto, jeśli współ powstaliście z Chrystusem, co na górze jest, szukajcie: gdzie Chrystus jest na prawicy Bożej siedzący! Co na górze jest, miłujcie, nie co na ziemi, albowiem umarliście (dla rzeczy ziemskich) i żywot wasz skryty jest z Chrystusem w Bogu!” (Kol 3, 1n).

Gdybyśmy raz chociaż mogli za życia ziemskiego spojrzeć w niebo i w jego wieczne szczęście. Św. Paweł powiada: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani w serce człowiecze nie wstąpiło, co nagotował Bóg tym, którzy go miłują” (1 Kor 2, 9). A jeśli jedna chwilka w niebiesiech przewyższa swą wartością i swym szczęściem wszystkie rozkosze i radości zebrane z całego stworzenia, to cóż powiedzieć o żywocie wiecznym, szczęśliwości w niebie na zawsze? Przecież treścią nieba i jego wiecznej radości jest sam Bóg, praźródło wszelkiego dobra i wszelkiego szczęścia! Jakże warto cierpieć z Chrystusem, by z nim razem żyć na wieki w bezmiarze szczęścia.

Św. Cyprian pod koniec swego dziełka o śmiertelności unosi się radością: ,,Wielki tam czeka na nas poczet ukochanych. Dostać się tam do widzenia ich, do ich uścisku, co to będzie za radość, im i nam wspólna!”. „Wszyscy znać się będziemy w niebie – tak przemawia św. Augustyn, – Myślicie może, iż mnie rozpoznacie, boście mnie znali na ziemi, a nie rozpoznacie mego ojca, boście go nie znali? Otóż, powtarzam wam, wszystkich Świętych znać będziecie!“. I zaraz tłumaczy, jakim sposobem będą się znać w niebie: „Widzieć tam będą w boski sposób, bo Boga będą pełni“ (Sermo 243, nr 6).

Trapiści, żyjący w bardzo surowej regule zakonnicy, spotykając się, mówią stale te słowa powitania: „Memento mori!” (Pamiętaj, że umrzesz!). Tak czynią w każdy dzień roku – z wyjątkiem niedzieli Wielkanocnej. W niedzielę tę Trapista, spotkawszy swego brata zakonnego, podaje mu kwiatek pierwiosnek i mówi: „Memento vivere!“ (Pamiętaj, żebyś żył!). Trzymajmy te słowa w pamięci i w sercu przez cały ten okres wielkanocny i przez całe życie. Amen.

 

Na podstawie: Ks. Omikron, w: Nowa Bibljoteka Kaznodziejska, t. XVIII, 1935, s. 277.

Wielki Czwartek, 17.04.2014

Drodzy Wierni!

Obchodzimy dzisiaj uroczystość ustanowienia ofiary Mszy św. Msza św. jest sercem całego katolicyzmu, jest przedziwnie ponawiającym swoją ofiarę Chrystusem. Sercem Kościoła, bo sercem Mistycznego Chrystusowego Ciała jest Najśw. Sakrament wraz z Kapłaństwem, a więc Msza święta, która jest zespoleniem Eucharystii i Kapłaństwa.

1. Czymże jest zatem Msza święta?

a) Msza św. –to zbliżona ku nam Golgota. Cóż uczynił Jezus na krzyżu? Od godziny 12 do 3 po południu odprawiał Mszę św. Odprawiał ją, jako zastępca i przedstawiciel całego rodzaju ludzkiego. Składał ofiarę uwielbienia, wdzięczności i oddania się aż do ostatniej kropli Krwi, do ostatniego ścięgna swego Ciała, do ostatniego uderzenia swego Serca. Ta Msza święta krzyżowa była również pokutą i zadośćuczynieniem za wszystkie grzechy całego świata. – Była to ofiara ubłagania i wołanie o zmiłowanie nad nami.

Ta trzygodzinna Msza św. ukrzyżowanego Arcykapłana, Chrystusa, zrobiła w niebie takie wrażenie, że Bóg ze względu na tę ofiarę postanowił człowiekowi odpuścić wszystkie grzechy, przywrócić go do łaski i dać mu z powrotem prawo do wiecznej szczęśliwości. Ludzkość została odkupiona. Jasną jest rzeczą, że to największe zdarzenie między stworzeniem świata a sądem ostatecznym, nie może i na ziemi iść w zapomnienie. Musiała to być jednak pamiątka widzialna dla ludzkich oczu. Przypominają ją krucyfiksy, rozsiane po świątyniach, domach, nawet i drogach. Lecz krzyż, choć tak wymowny, nie jest Chrystusem żywym, to tylko obraz. Dzieło krzyżowej ofiary powinno dalej żyć. Katolicka Msza św. jest właśnie w swej najgłębszej treści wspomnieniem, odnowieniem, żywym przedstawieniem dramatu, który się raz odbył na Golgocie… Msza św. wraz z przeistoczeniem jest ciągłym ponawianiem wielkopiątkowej ofiary. Kto podczas Mszy św. nie czuje się duchem obecny na Kalwarii, na górze ukrzyżowania, ten nie ma najmniejszego pojęcia o tym, co to jest Msza święta.

b) Msza św. zdrojem łask. Wszystkie łaski spływają na nas z krzyża. Krzyż to źródło wszelkich łask. Łaska Boża spływa na nas przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Odkupieni jesteśmy Jego Krwią drogocenną. To najważniejszy dogmat chrześcijaństwa! Lecz łaski, które się znajdują w Jezusowym Sercu, niby w jakimś zbiorniku, potrzebują łożyska, przez które mogłyby dotrzeć do człowieka. I to łożysko, ten kanał, ów przewodnik łaski został właśnie założony na Ostatniej Wieczerzy. Jest nim pod postaciami chleba ukryte Ciało Pana, które za nas było wydane, jest nim pod postaciami wina ukryta Krew Chrystusowa, która za nas była wylana… Jest nim Msza święta. Bez Mszy św. nic nie moglibyśmy uczynić. Bez Mszy św. nie ma odpuszczenia grzechów. Bez Mszy św. nie ma żadnej łaski. Bez Mszy św. nie ma szczęśliwości wiecznej.

Wszystko zawisło od Mszy św., ponieważ wszystko zawisło od Ofiary Chrystusowej, a Ofiarą Chrystusową jest właśnie Msza św. Żyjemy dosłownie ze Mszy św. Istnieją inne jeszcze środki łaski, które zwiemy sakramentami: chrzest, bierzmowanie, pokuta, namaszczenie, kapłaństwo, małżeństwo. Jest modlitwa, są dobre uczynki. Ale te środki, te strumyki – to jakby boczne przewody, które wypływają z głównego łożyska, jakim jest Msza św., bo ona jest uwiecznioną i uwielokrotnioną Kalwarią… Istotną rzeczą w zbawieniu ludzkości jest Msza święta.

c) Msza święta – to służba Boża. Nie ma innej służby Bożej! O sposobie, w jaki winniśmy Bogu oddawać cześć, decyduje sam tylko Pan Bóg. Od samego początku ludzkości urzędową służbą Bożą była i jest ofiara: uznanie najwyższych praw własności i panowania Boga nad człowiekiem przez oddanie Mu tego, co człowiek posiada.

Najdoskonalszą ofiarę w imieniu całej ludzkości złożył Chrystus Pan raz z siebie samego na krzyżu. Już nie może być innej ofiary, wszystkie dotychczasowe zostały pozbawione swojej siły. Ta to jedyna ofiara upamiętnia się w sposób cudowny, ale rzeczywisty w każdej Mszy świętej. Odtąd nie ma innej służby Bożej, jak tylko ofiara Mszy. Religia, której brakuje Mszy św., nie ma serca. Msza – to serce naszej wiary, serce katolicyzmu. Kościół nasz obfituje w nabożeństwa, ale nad wszystkimi nabożeństwami góruje Msza święta, Ofiara Chrystusowa, służba Boża Nowego Testamentu.

2. Dlaczego jest ważna Msza niedzielna?

Tak jak puls naszej ręki ma swoje regularne uderzenia, tak jak serce bije swoim rytmem – tak i wszelkie życie na ziemi ma swoje falowanie. Wszystko, co żyje, musi oddychać, odczuwać głód, karmić się, usypiać i budzić się. Podobnie i życie Boże w Chrystusowym Winnym Szczepie, w Chrystusowym Ciele bije własnym, odmiennym, niż życie naturalne, tętnem. Ale jedno w owym rytmie życia Bożego jest uderzenie główne, najważniejsze. Jest to niedzielna Msza święta.

W niedzielę na Mszy św. czujemy się nie jako pewna liczba osób prywatnych, które się zeszły o tym samym czasie całkiem przypadkowo, by się pomodlić na jednym miejscu, lecz raczej czujemy się i powinniśmy się czuć, jako całość, jedność, jako wspólnota kościelna. We wszystkich parafiach, kościołach, kaplicach odbywa się to samo i to samo również dzieje się w kraju sąsiednim. Kiedy u nas zbliża się południe niedzielne i rozbrzmiewa po naszych kościołach Ite missa est, gdzieś tam w Ameryce rozpoczynają się modlitwy u stóp ołtarza. Kiedy u nas już słońce zachodzi, na wyspach mórz południowych rozpoczynają się ofiary w blaskach wschodzącego słońca. Oto niedziela na świecie! Cały okręg ziemski to jakby ogromna świątynia, bez przerwy wielbiąca Boga!

Po całym świecie rozlewa się ten prąd Boskiego życia. Życie to płynie silnym strumieniem we Mszy św., spływa w dusze tych, co przychodzą do Stołu Pańskiego. Nigdzie nie ujawnia się cudowniej owa prawda wiary o Świętych Obcowaniu, jak właśnie w dostojnym pięknie uroczystej niedzielnej sumy.

3. Musimy niedzielnej Mszy św. przywrócić należne jej miejsce w naszym życiu.

Pewien katolicki pisarz powiedział kiedyś, że nie lubi niedzieli. A dlaczego? Bo w niedzielę jest wiele udawania, wyrachowania, powierzchowności, nawet i w ćwiczeniach pobożnych. Lepszy jest dzień roboczy. Każdy się okazuje, czym jest. A w niedzielę udaje się, że Msza św. jest czymś najgłębszym, centralnym, obchodzącym cały świat, czymś bardzo ważnym w życiu, co się odgrywa raz w tygodniu na oczach całej ziemi. W rzeczywistości jednak Msza św. nie wchodzi, a przynajmniej nie wnika głęboko w nasze życie, w życie całego tygodnia. Nie jest sercem i duszą naszego chrześcijaństwa tak, by życie chrześcijan samych stawało się Mszą świętą.

a) Całe nasze życie powinno być Mszą św. Pierwszym i zasadniczym przykazaniem chrześcijańskiego życia jest ofiarowanie. Bez ofiarowania nie ma prawdziwie wartościowego życia. Ludzie myślą nad tym, aby to ziemskie bytowanie uczynić jak najbardziej szczęśliwym i pięknym. Ale jednego nikt nigdy nie wynajdzie: życia bez ofiarowania. Ofiarowanie musi być! Wie o tym dobrze rolnik, który w pocie własnego oblicza uprawia ziemię. Bez ofiary nie ma chleba! Wie o tym dobrze górnik, który zrzeka się słońca i świeżego powietrza, pracując w podziemnych głębinach. Wie o tym dobrze uczony i pisarz. Bez ofiary nie ma postępu wiedzy! Wie o tym każdy polityk i mąż stanu lub żołnierz, który czuwa, nad powodzeniem i dobrobytem swego kraju. Bez ofiary nie ma dobrobytu ludzi ani bezpieczeństwa, ani porządku! Bez ofiary nie ma szczęścia rodzinnego. Nie ma też religii, nie ma moralności, nie ma szczęścia na ziemi, nie ma nieba.

b) Dlatego drugie fundamentalne prawo chrześcijańskiego życia – to przeistoczenie. Chrześcijaństwo jest religią ustawicznego przeistoczenia i przemian. Pod wpływem chrześcijaństwa zmieniło się pogańskie i barbarzyńskie oblicze ziemi: nienawiść w miłość, rozprzężenie obyczajów w czystość nawet heroiczną, krzywda i wyzysk w sprawiedliwość, nieprzyjaźń w pokój. Dzwonki na podniesienie w naszych kościołach wołają przede wszystkim o przeistoczenie, o przemianę wewnętrzną człowieka samego, wołają o świętość duszy! Iluż to jednak katolików we Mszy swego życia nie wychodzi poza kazanie?! Słuchają, ale się nie przemieniają. A przecież przeistoczenie – to najważniejsza i zasadnicza część Mszy i tej na ołtarzu, i tej w życiu! Uważamy często, że już wypełniliśmy swój niedzielny obowiązek, kiedy wzięliśmy udział w cudzie przeistoczenia na ołtarzu. Idziemy wprawdzie na Mszę św., ale najczęściej takimi, jakimi weszliśmy, wracamy do domu: nieznośni, dokuczliwi, samolubni, nieumiarkowani, niedbali, zmysłowi. Była to Msza święta bez moralnego przeistoczenia. Niedziela nasza ma za mało ducha przeistoczenia.

c) Życie jest Mszą świętą. Dlatego trzecie zasadnicze prawo naszego życia to komunia – zjednoczenie. Zbliżenie się Boga do człowieka i człowieka do Boga oraz ludzi nawzajem między sobą. Niedzielna Msza winna się walnie przyczynić do tego, co można by nazwać komunią świata, do zespolenia człowieka z człowiekiem, narodu z narodem, do zaprowadzenia powszechnego pokoju w duchu katolickim. Na zakończeniu Mszy kapłan śpiewa: Ite, Missa est! – Idźcie, Msza się skończyła! Słowa te bynajmniej nie oznaczają tylko zwykłej formy rozpuszczenia ludu zebranego, znaku danego do odejścia. Ale to jest również posłanie. Nie znaczy tylko: idźcie, Msza jest skończona, ale również: idźcie, wasza służba Boża się zaczyna tam, za progiem świątyni, w życiu. Bóg, Chrystus i Kościół nas posyłają w życie, na Mszę życia naszego! Amen.

 

Na podstawie: Ks. S. Sobalkowski, w: Współczesna ambona, nr 29, 1950, s. 585.

Niedziela Palmowa, 13.04.2014

Drodzy Wierni!

Nieraz chciał lud Pana Jezusa obwołać królem, przejęty zapałem dla wielkich cudów, które czynił Jezus. Ale zawsze się On usunął, bo jego czas jeszcze nie nadszedł. Teraz był czas. Teraz chciał uroczyście wziąć w posiadanie królewskie miasto Dawida, i mieszkańcy Jerozolimy mieli usłyszeć wołanie: wasz król, Syn Dawidowy przychodzi do was!

Polecił swoim uczniom przywieść oślicę z oślęciem, uwiązaną w siole Betfagi, i właścicielowi powiedzieć: „Pan ich potrzebuje”. Jako król i pan żądał tej przysługi od swoich poddanych i przysługę tę chętnie Mu uczyniono. Gdy więc lud usłyszał, że zamierza uroczyście wjechać do Jerozolimy, ogarnął wszystkich wielki zapał i urządzili Mu publiczny hołd. Rozścielali na drodze, na której jechał, swe płaszcze i słali Mu pod nogi gałązki palmowe. Powstała ogólna radość, i wołano Mu szczęścia i błogosławieństwa: „Hosanna Synowi Dawida! Błogosławiony, co idzie w imię Pana!”. Było to uznaniem Jego godności, Jego posłania od Boga. Tak został obwołany królem Syjonu, a Jezus potwierdził to uroczystym swoim wjazdem, przyjęciem hołdu. Przez to sam mówi: „Jestem waszym królem i biorę w posiadanie moje miasto”.

Ale jakim jest On królem? Jego płaszcz purpurowy jest Jego szatą królewską, korona Jego z cierni, Jego berłem jest krzyż. Jest to królestwo, jakiego świat dotąd jeszcze nie widział. Pełen pokory i łagodności wchodzi król Izraela do swego miasta, siedząc nie na rumaku, nie w okazałej karecie, lecz na oślicy. Więc nie bój się, córko Syjonu, jam jest cichy i pokornego serca, tak mówił o sobie, gdy nie miał, gdzieby głowę mógł złożyć. Cichym i pokornym jest i teraz, gdy jako król wchodzi, jak to przepowiedział prorok. Nie przychodzi z potęgą i okazałością, nie chce Jako pan rozkazywać, nie chce się panoszyć, ani żyć w rozkoszach. Wszystko to jest dalekim i obcym Jego królestwu. Król ten przychodzi jako brat do braci, jak ojciec do dzieci; nie chce używać gwałtu, lecz miłością zjednywać i przywiązywać, nie chce żądać i brać, lecz dawać i błogosławić.

Jakie uczucia mogły przepełniać serce Jezusa przy wjeździe do Jerozolimy, jakie myśli mogły Go opanować? Było to ostatnie wezwanie Jerozolimy, i Jezus wzdychał w swoim sercu: „O gdybyś i ty w tym właśnie dniu twoim poznało to, co ci pokój przynosi” (Łk 19, 42). Lecz wiedział, że ono z tej ostatniej łaski nie skorzysta, że ten tłum radujący się, wkrótce krzyczeć będzie: „Na krzyż z nim!”. Wiedział, że Jego triumfalny pochód zakończy się krwawym pochodem na śmierć. Patrzał dalej w przyszłość i widział, że to, co się działo w Jerozolimie, wciąż będzie się powtarzać. Widział tych wszystkich chrześcijan, którzy Go dziś głośno wielbią, aby Go jutro przybić do krzyża, zapominając o Nim i bezczeszcząc Go grzechami.

Uroczysty wjazd do Jerozolimy odbył się w dniu, w którym według przepisów ST odłączano baranki dla wielkanocnej wieczerzy. W tym dniu wstępował Ten do miasta, którego już Jan nazwał Barankiem Bożym i który teraz miał być ofiarowany na uroczystość wielkanocną, aby świat uwolnił od grzechu i uświęcił. Owe baranki przypominały tylko, że Bóg kiedyś ochronił pierworodnych Izraela, gdy anioł śmierci przeszedł przez kraj; ten zaś baranek miał nie tylko pierworodnych ludu, lecz całą ludzkość wybawić od wiecznej śmierci.

Krew zwierząt nie może nas oczyścić z grzechów; cielesny brak błędów nic nie znaczy. Święty duch jedynie jest milą wonią przed Bogiem. W tym duchu jest Chrystus bez zmazy barankiem wielkanocnym i ofiarą za grzechy ludzkości. Ale tego nie rozumieją kapłani Izraela; dla nich Najświętszy jest zbrodniarzem. On zaś odrzucony przez kapłanów Jego ludu, jest sam prawdziwym Barankiem Bożym i ofiarą pojednania. Czy dla wszystkich? To zależy od tego, czy przejmiemy się Jego duchem i w Jego duchu żyjemy, w duchu posłuszeństwa dla Ojca, a miłości dla braci. Stał się pojednawcą i uświęcicielem dla tych, którzy się chcą pojednać i uświęcić.

W dniu tym przychodzi wierzący lud do kościoła z gałązkami palm w rękach, aby okazać, jak chętnie gotów jest oddać hołd Jezusowi, jak Mu hołd oddano przy wjeździe do Jerozolimy. Te gałązki palmowe są wyznaniem wiary w Jezusa i ślubem wierności dla naszego najświętszego Pana i Króla. Oby tylko ten zewnętrzny znak odpowiadał wewnętrznemu usposobieniu, wiernemu przywiązaniu i zapałowi serca! Jest to piękny widok, ale nieskończenie piękniejszym i wspanialszym będzie widok, gdy kiedyś przy chwalebnym przyjściu Pana Jezusa niezliczone rzesze chrześcijańskie z palmami zwycięstwa w rękach będą się radować i wołać: „Weselmy się i radujmy, i dajmy Mu chwałę, bo nadeszły Gody Baranka, a Jego Małżonka się przystroiła, i dano jej oblec bisior lśniący i czysty» – bisior bowiem oznacza czyny sprawiedliwe świętych” (Ap 19, 7n).

Nieskończenie piękniejszym będzie widok, gdy potem Syn Boży te rzesze z palmami zwycięstwa w rękach wprowadzi do chwały Ojca. Oby tylko ten chwalebny i błogosławiony dzień dla nas wszystkich był tak wspaniałym! Starajmy się na niego przygotować, obejrzyjmy się za gałązkami palmowymi na ten wielki dzień. Prośmy Boga, aby ten dzień nie był dniem zimy, gdy się palmy nie zielenią, gdy nie możemy pokazać żadnych znaków życia nadprzyrodzonego. Walczmy wiernie i wytrwale, wtedy będą rosnąć nasze zwycięskie palmy na ten wielki dzień Pański, a podążymy razem ze świętymi szeregami wybranych.

We Mszy św. wołamy do Zbawiciela: „Błogosławiony, który przychodzi w Imię Pańskie”. Przychodzi przecież jako nasz król, aby wziąć w posiadanie swoje królestwo, którym jest serce nasze. My zaś otwieramy Mu bramę naszego serca i wprowadzamy Go ze świętym zapałem do Jego własności. Czy to radosne przyzywanie jest też zawsze z pobożnej duszy, czy też tylko na naszych wargach? Wtedy nie byłoby więcej warte, niż hosanna zmiennego ludu z Jerozolimy. Byłoby to szyderstwem, gdybyśmy wołali: Błogosławiony, – a jednak nie mielibyśmy żadnego zakątka w sercu, który byśmy mogli Mu ofiarować. Zewnętrzną radością, pustym wołaniem uczcić Go nie możemy. Cóżby On nam odpowiedział? Co znaczą wrzaski wasze, powiedziałby, nie przychodzę, aby słuchać pięknych waszych słów i zapewnień, lecz aby pozyskać waszą miłość. Chcę u was mieszkać. Dajcie Mi nie samo kadzidło i pieśń, dajcie Mi wasze serca i was samych.

Więc niech będzie błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie! Wprawdzie nie jestem godzien przyjąć Cię do mego biednego serca, ale gdy żądasz mego serca, niech oto dla Ciebie stoi otworem, wejdź do Twej własności! Amen.

 

Na podstawie: W. Sypniewski, Niedzielne Ewangelje, t. 1, 1920, s. 260.

4. niedziela Wielkiego Postu, 30.03.2014

Drodzy Wierni!

W tych ostatnich tygodniach powinniśmy się dobrze przygotować do Komunii św. wielkanocnej. Rozważmy dzisiaj ten wielki dar miłości Chrystusowej. Nie dziwimy się, że zdumienie ogarnęło świadków wielkiego cudu rozmnożenia chleba. Dziwić się jednak musimy, że dziś tylu ludzi zapomina o tym, co dzieje się w naszych kościołach, gdzie ustawicznie ponawia się nieustanny cud rozmnożenia chleba na posiłek dusz w rękach kapłańskich – podobnie jak tam w rękach Zbawiciela świata. Każdego dnia Chrystus Pan z cichego więzienia tabernakulum podaje nam tę Hostię, w której jest ukryty. Każdego dnia z tej ciszy ołtarza woła do nas: powiedz – czy nie dosyć dla ciebie uczyniłem? W szczególniejszy jednak sposób woła do nas Pan Jezus z tabernakulum w tym czasie Wielkiego Postu, by nas przynaglić niejako do Komunii św. wielkanocnej, przepisanej i nakazanej przez jego św. Kościół katolicki. Przykazanie kościelne o Komunii wielkanocnej powraca znów jak co roku, by do cudownie rozmnażanego Chleba eucharystycznego przyprowadzić nawet najobojętniejszych wyznawców Chrystusa Pana.

A) Świadkowie cudownego rozmnożenia chleba nie tylko dali wyraz swemu zdumieniu, ale – jak to wyraźnie podkreśla dzisiejsza Ewangelia św. – wyrazili swą wiarę w Pana Jezusa, mówiąc: „Ten jest prawdziwie Prorok, który miał przyjść na świat”, a nawet chcieli go obwołać królem. Cud rozmnożenia chleba wskazał im dobitnie, jak wszechmocnym, mądrym i dobrym jest Pan Jezus, którego dotąd mało znali i doceniali. Cud rozmnażania chleba eucharystycznego odsłania nam niemniej wszechmoc, mądrość i dobroć Zbawiciela.

1. W cudzie rozmnożenia chleba na pierwszy plan wysuwa się wszechmoc Pana Jezusa. Pięcioma bocheneczkami chleba jęczmiennego i dwiema rybkami nakarmił pięć tysięcy głodnych ludzi tak, iż „jedli i najedli się”, a nadto jeszcze „zbyły ułomki”, które Chrystus Pan kazał zebrać. „I napełnili dwanaście koszów ułomków z pięciorga chleba jęczmiennego, które zbywały tym, co jedli”. Oczywiście – tylko wszechmoc Boża zdolna była uczynić taki dziw! Czy jednak Eucharystia św. nie jest jeszcze większym cudem wszechmocy? Ze wszystkiego przecież co Bóg dla człowieka uczynił, Komunia św. jest szczytem, kwiatem i owocem. Tu nie z pięciorga chleba jęczmiennego, ale – jak przy akcie stworzenia – z niczego, słowem twórczym ust kapłańskich, mnoży się sakramentalna obecność i uczta sakramentalna w nieskończoność. Mocą Bożą naznaczone usta kapłańskie rozmnażają od 20-u wieków chleb eucharystyczny i rozmnażać go będą aż do skończenia świata. Miliony pożywały Ciało i Krew Pańską, biorąc z gorącą i żywą wiarą ten eucharystyczny posiłek na drogę życia i na wieczność. I miliony jeszcze pożywać będą Chrystusa Pana pod postaciami chleba, bo Pan Jezus eucharystyczny zostanie z nami: „po wszystkie dni – aż do skończenia świata…”. Eucharystia Najśw. jest już szczytem wysiłku wszechmocy Bożej. I to wszystko po to, by nas zachęcić i przynaglić do zjednoczenia się z Nim w Komunii św.

2. Podziwiamy mądrość Pana Jezusa, gdy czytamy, jak Zbawiciel nasz w sposób najbardziej celowy przygotował cud rozmnożenia chleba. Oto poczynił najpierw starania, by zaopatrzyć rzesze w pożywienie. Pytał się św. Filipa Apostoła, skąd i za co kupić chleba dla zebranych. Apostołowie poszukują pożywienia wśród obecnych. A po cudzie poleca Pan Jezus zebrać ułomki. Te dwanaście koszów ułomków w zestawieniu z pięciorgiem chleba i pięciu tysiącami mężów – to wszystko obmyślane celowo, by wykazać ludziom prawdziwość i pewność ujrzanego i przeżytego cudu. A czy w Eucharystii św. nie widzimy niezbitych dowodów najwyższej mądrości Bożej? Jakiż mędrzec ludzki potrafiłby obmyśleć ucztę eucharystyczną taką właśnie, jaką dał ludzkości Pan Jezus? Któżby z ludzi umiał w ten sposób pogodzić majestat wcielonego Syna Bożego z postacią pokarmu przystępnego dla wszystkich? Ta prostota jest najoczywistszym dowodem najgłębszej mądrości Bożej. Z największą pokorą winniśmy się uniżyć przed tym dziełem mądrości Bożej, bo to dla nas pracowała mądrość Boża, by pociągnąć do pożywania Ciała i Krwi Syna Człowieczego.

3. Pan Jezus „przeszedł dobrze czyniąc”… Ziomkowie jego wiedzieli dobrze o tym, jak on jest nieskończenie dobry. Widzieli już tyle jego cudów, a o innych słyszeli od wiarygodnych świadków. Tylu chorych uzdrowił, nawet umarłych wskrzeszał. Ale dziś porwał i czarował serca wszystkich tą nadzwyczajną i nieoczekiwaną dobrocią, litując się nad umęczoną rzeszą. Za tę dobroć chcieli Zbawiciela ogłosić królem, by dać wyraz wdzięczności za tę dobroć, która dla nich była pierwszym wielkim objawieniem Serca Jezusowego. Ileż dopiero dobroci okazał nam Pan Jezus w Najśw. Sakramencie Ołtarza. Obecność Pana Jezusa w Eucharystii nosi na sobie piętno najbardziej ujmującej dobroci. Jak szczupłe miejsce zajmuje wśród nas! Jakże skromne stawia nam wymagania! Żąda od nas tylko, abyśmy go przyjmowali i pożywali, zresztą spuszcza się na naszą miłość i wspaniałomyślność. Tyle tylko doznaje czci zewnętrznej, ile mu jej oddamy. Dawniej, gdy żył tu na ziemi, ludzie musieli go szukać. Obecnie on sam idzie za ludźmi, wszędzie się wśród nich osiedla i uszczęśliwia ich nie tylko własną swą bliskością, ale i błogosławieństwami swego sąsiedztwa. I tylko po to tyle dobroci, by nas pociągnąć i przynaglić do Komunii św., od której nieraz stronimy, zupełnie zapominając o naszym Boskiem Sąsiedzie.

B) Całej swej wszechmocy, mądrości i niezgłębionej dobroci użył Pan Jezus, by nas pociągnąć do pożywania jego Ciała i Krwi. A tym, którzy by jeszcze – mimo to – z daleka trzymali się od Najśw. Sakramentu, rzucił wprost groźbę: „Jeślibyście nie pożywali Ciała Syna Człowieczego i nie pili Krwi jego, nie będziecie mieli żywota w sobie…”. Idąc więc do Ołtarza Pańskiego, naśladować musimy rzeszę z dzisiejszej Ewangelii św. w jej gorącem pragnieniu, pokorze i wdzięczności.

1. Rzesza idzie za Panem Jezusem i garnie się doń w gorącym pragnieniu nie tylko jego cudownego i potężnego słowa, ale również i jego samego. Będąc przy nim, trwa ten lud, spragniony Boga, z wiarą i ufnością – aż do ostatka. A gdy głód mu dokucza, czeka z ufnością na jego cud, chociaż nie wie jeszcze, co to będzie za cud. Zauważają pisarze duchowni, że pragnienie rzeszy stawało się tym gorętsze, im więcej szła za Panem Jezusem i im bardziej poznawała go i te skarby, które niósł w swym słowie i w swych czynach. I my winniśmy garnąć się do Pana Jezusa, iść za nim, wsłuchiwać się w jego naukę, a wówczas wzrastać będzie w nas pragnienie coraz silniejsze, będące wołaniem małego serca ludzkiego za nieskończonością, za Bogiem. Wołanie to i tęsknotę tę zaspokoić może tylko Komunia św.

2. Drugim koniecznym usposobieniem jest pokora. Powiadają pisarze duchowni, że jest w tym pewien symbol, kiedy – jak opowiada Ewangelia św. – zmęczeni i utrudzeni ludzie siadają na ziemi. W tej ich pozycji jest wyraz niemocy i bezsilności, a zarazem pokorne wyczekiwanie i zdanie się na wolę Pana Jezusa. Nie podnosi się ani jeden głos buntu lub zniecierpliwienia, które urastają przecież tak często na tak podatnym gruncie, jakim jest głód. Najtrudniejszą cnotą dla nas jest zwyczajnie pokora prawdziwa. A jednak – musimy wypiastować ją w duszy, jeśli chcemy godnie przyjąć Komunię św. Jeśli „Bóg tylko pokornym łaską daje, a pysznym się sprzeciwia”, to sam Dawca łaski też tylko do pokornej duszy zstępuje chętnie i z radością. Ale zarazem ułatwia niezrównanie naukę pokory i praktykę pokory, sam będąc najpokorniejszym w Najśw. Sakramencie, owszem, wprost uosobieniem pokory w cichym tabernakulum i w kruchych postaciach chleba. I nigdzie tak dobrze nie zrozumiemy wezwania Pana Jezusa: „uczcie się ode mnie, żem jest cichy i pokornego serca!” jak właśnie klęcząc przed Najśw. Sakramentem, gdzie jest nasz Bóg pokorny i tyle razy tak strasznie upokarzany.

3. Trzecim warunkiem dobrej Komunii jest wdzięczność. Jakże wdzięczną okazała się rzesza ewangeliczna za cudowne nakarmienie. Z wdzięcznością zbierają jeszcze ułomki pozostałe i składają je w kosze, przygotowane przez Apostołów. Czy my umiemy być wdzięczni Panu Bogu, czy doceniamy należycie dary Boże? Według św. Augustyna żadna modlitwa nie jest tak piękna jak „Deo gratias!” (Bogu dzięki!).

Rozważanie wielkiego cudu wszechmocy, mądrości i dobroci Bożej w Najśw. Sakramencie Ołtarza i zastanowienie nad tym, jakie usposobienie winniśmy nieść w dani Panu Jezusowi, ilekroć zbliżamy się do Ołtarza Pańskiego, powinny nie tylko na dzisiaj, ale na zawsze obudzić w nas żywe a trwałe, uprzytomnienie sobie wielkich wartości Najśw. Eucharystii. Amen.

 

Na podstawie: Ks. Omikron, w: Nowa Bibljoteka Kaznodziejska, t. XLVIII, 1935, s. 127.

Uroczystość Zwiastowania N. Maryi Panny, 25.03.2014

Drodzy Wierni!

W tym czasie wielkopostnym, w którym powinniśmy więcej niż kiedykolwiek rozpamiętywać swoje grzechy i na ich widok przejmować się zbawienną bojaźnią, w tym czasie żałoby i smutku uroczystość dzisiejsza podobna jest do jasnego promienia, co się przebija przez czarne chmury, zakrywające niebo. W tym bowiem czasie dręczy nas bardziej niż kiedy indziej wspomnienie naszych upadków, rozpoznajemy całą okropność grzechu, który samego Pana i Zbawiciela naszego wydał na śmierć, i każdy z nas musi też sobie zadać pytanie: czy też moje grzechy są przebaczone? Czy należę do tych, którzy będą zbawieni? Czy moje imię zapisane jest u Boga w księdze żywota czy w księdze śmierci? Zwiastowanie N. Maryi Panny jest świętem rozpamiętywania cudu Wcielenia Syna Bożego, przyjęcia przez Niego naszej ludzkiej natury. Wcielenie to jest naszym zbawieniem – będziemy zbawieni, jeśli za pomocą Matki Bożej i Matki naszej, zostaniemy wcieleni, inkorporowani w Chrystusa.

Wyraźnie mówi Mędrzec Pański, że „nie wie człowiek, jeśli jest miłości czyli nienawiści godzien” (Ekl 9, 1), a Apostoł dodaje: „Z bojaźnią i ze drżeniem sprawujcie wasze zbawienie!” (Fil 2, 12). Ale oto błyszczy nam wśród ciemności jasne światło. Tym światłem jest Najśw. Panna Maryja, która nam dzisiaj wlewa nową odwagę i mówi do nas: „Oto jestem! Nie traćcie nadziei! Kto mnie znajdzie, znajdzie żywot i wyczerpnie zbawienie od Pana!”.

1. Słyszeliśmy już nieraz, że Najśw. Panna nie może poprzestać na tym, iż Ją chwalimy ustami, że Jej imienia wzywamy swoich w modlitwach. Każdy z nas najchętniej oszukuje samego siebie i zapewnia sam siebie, iż czyni dosyć, albo aż nadto dla zbawienia swej duszy, kiedy w rzeczy samej nic nie czyni lub czyni za mało. Nie to, co jest miłe naszemu Zbawicielowi, a więc też Jego Najświętszej Matce, która przecież nie może pragnąć żadnej innej rzeczy oprócz spełnienia woli Bożej, która przecież zawsze się modli: „Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi!” – nie to bywa zazwyczaj pragnieniem naszych pożądań, – ale co? Myślimy o tym, dogadza co naszej woli, co nam sprawia przyjemność w naszych pracach i zabiegach, a nawet w modlitwie, nawet w dobrych uczynkach szukamy nie Boga, ale samych siebie! Nie mówimy z całą szczerością, jak powinniśmy mówić: „Nie moja Panie, lecz Twoja niech się dzieje wola! Chcę tyle tylko doznać radości, ile Ty mi raczysz udzielić, chcę tyle wycierpieć, ile Ty mi zechcesz zesłać krzyżów!”.

Dałby Bóg, żebyśmy wszyscy tak się modlili! Ale my chcemy za krótkie pacierze, co nas nic nie kosztują, uzyskać powodzenie na ziemi i szczęśliwość wieczną! Gdzie tu zrozumienie, czym jest służba Boża? „Cóżbyśmy powiedzieli o człowieku, mówi trafnie bł. Jan de Avila, który by nazbiera błyszczących kawałków szkła i spodziewał się za nie kupić dużo ziemi, a mniej by sobie cenił złoto lub srebro?” (Wydanie madryckie z r. 1895, t. II, s. 328). Otóż i my błądzimy podobnie, kiedy nam się zdaje, że możemy posiąść Królestwo niebieskie za pewne nabożeństwa, albo i uczynki, które błyszczą w oczach ludzkich i wydają się bardzo dobre, lecz w oczach Bożych nie mają wartości, kiedy nie staramy się o złoto, o prawdziwe i drogocenne monety. „Radzę ci, abyś sobie kupił u mnie złota, w ogniu doświadczonego, abyś się zbogacił”, mówi Pan Jezus do człowieka ubogiego w cnoty (Obj 3, 18). A cóż to jest za złoto? Tym złotem jest owa miłość prawdziwa ku Panu Bogu, doświadczona w ogniu przeciwności, która czyni człowieka zawsze gotowym do spełnienia Jego woli i sprawia, że człowiek zapiera się samego siebie, wyrzeka się wszystkiego, co jemu się podoba, a co nie podoba się Bogu, dla Niego pracuje i dla Niego cierpi i coraz bardziej staje się podobnym do boskiego wzoru: „Uczcie się ode mnie, żem jest cichy i pokornego serca” (Mt 11, 29).

2. Oto jest wizerunek, który powinien się odbić na naszej duszy, bo inaczej wszystkie nasze trudy i wszystkie modlitwy nic nam nie pomogą, i Matka Najświętsza nie uzna w nas swoich dzieci! O tym właśnie obrazie Chrystusowym, o tym wcieleniu w Chrystusa czytamy w liście świętego Pawła do Rzymian (8, 28n): „Wiemy, że tym, którzy miłują Boga, wszystko dopomaga ku dobremu, tym, którzy są wezwani według postanowienia święci. Albowiem które przejrzał, i przeznaczył, aby byli podobni obrazowi Syna Jego: żeby On był pierworodny między wieloma braci”. Niechże więc każdy z nas pyta się codziennie samego siebie, rozważając stan swego sumienia, czy jest podobny do owego wzoru. „Czyj to obraz i napis?”, pytali faryzeusze Pana Jezusa, pokazując Mu pieniądz. „Czyim obrazem jest dusza, którą tu mam przed sobą?” – „Chrystusa”. – „Czy owego Chrystusa, który był tak cichy i łagodny, że nikczemnego zdrajcy nie odepchnął od siebie, lecz nazwał przyjacielem? Chrystusa tak dobrotliwego, że ani słówkiem nie zganił Piotra, który Go się wyparł, tylko spojrzał na Niego z miłością i przez to go nawrócił?”. „Który, gdy Mu złorzeczono, nie złorzeczył; gdy cierpiał, nie groził, lecz się poddawał niesprawiedliwie sądzącemu?” (1 P 2, 23). Obrazem Chrystusa ma być dusza wyniosła, pyszna, drażliwa i skłonna do gniewu, dusza, której się zdaje, że Boski majestat jest w niej obrażony, kiedy usłyszy jakieś słówko przykre, i zaraz pali się pożądaniem zemsty? Nie łudźmy się! Jeżeli nie staramy się zbliżyć do tego wzoru, nie pomogą nam nic nasze nabożeństwa ani prace, ani przyjmowanie Sakramentów św., bo nie należymy do tych, których Bóg „przeznaczył” do chwały, nie znajdziemy się w liczbie wybranych!

3. Do znaków, jakie cechują wybranych i przeznaczonych do nieba, należy, jak to podkreśla św. Alfons Liguori, i nabożeństwo do N. Panny. Kto Ją prawdziwie miłuje, kto widzi w Niej swoją Matkę, kto się Jej całym sercem poleca, może mieć nadzieję, że ujrzy kiedyś swoje imię zapisane w księdze żywota i należeć będzie do owych szczęśliwych, którzy usłyszą z ust Sędziego wezwanie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mego, otrzymajcie Królestwo, wam zgotowane od założenia świata!” (Mt 25, 34). Ale ta miłość nie polega na jakimś słodkim uczuciu, na słowach i innych znakach zewnętrznych, ta miłość objawia się w tym, że jesteśmy gotowi zawsze spełnić wolę Bożą, a nie swoją. W wielu miejscach zachęca nas Pismo św., żebyśmy ochotnie dźwigali swój krzyż. Kiedy Pan Bóg objawił Ananiaszowi, że zacięty nieprzyjaciel nauki Chrystusowej, imieniem Szaweł, jest już nawrócony i ma zostać wielkim Apostołem i nauczycielem narodów, rzekł do niego: „Ten mi jest naczyniem wybranym, aby nosił imię moje przed narody i królami i synami izraelskimi. Bo ja mu pokażę, jako wiele potrzeba mu cierpieć dla imienia mego” (Dz 9, 15n). Tu sam Pan poucza nas wyraźnie, że poznamy Jego ukochanego wybrańca nie po zewnętrznych znakach szczęścia, potęgi i dostojeństwa, ale po tym, że będzie „wiele cierpiał dla imienia Jego”. A więc nie skarżmy się na cierpienia, ale raczej upatrujmy w nich znak szczególniejszej łaski Bożej, znośmy je ochotnie, a wtenczas staną się nam środkiem poprawy, wtedy będziemy podobni obrazowi Syna Bożego i Syna Maryi, i będziemy mogli się spodziewać, że Ona wyjedna nam wszelkie łaski potrzebne do zbawienia.

Kiedyś św. Anzelm przejeżdżał koło lasu, w którym odbywało się polowanie. Nagle wypadł z lasu zając, ścigany przez psy myśliwskie, i w śmiertelnym strachu przyczaił się pod koniem św. Anzelma, jak gdyby u niego szukał litości i ocalenia; zaraz przybiegli także myśliwi, których poprosił Święty, żeby swoje psy przytrzymali na smyczy i posłuchali jego przemowy. „Patrzcie na tego zająca, powiedział, który tu leży bezsilny! W podobnym stanie znajdą się dusze grzeszników, kiedy przyjdzie śmierć. Teraz sobie żartują ze zbawiennych upomnień, żeby się zawczasu przygotowali na ową godzinę. Ale poczekajcie tylko, a zobaczycie, jak im będzie na sercu, kiedy godzina ta przyjdzie! Wtenczas grzechy, które im niegdyś zdawały się zabawką, pokażą im swoje zęby, jak te psy zajadłe grożą zającowi, szarpać będą ich sumienie i napełnią je bojaźnią”. Po tej przemowie uprosił Święty myśliwych, że darowali życie biednemu zającowi pobłogosławił ich i pojechał dalej. Nie wiemy, czy jego słowa przyczyniły się do zbawienia owych ludzi, ale starajmy się my przynajmniej odnieść z nich jakiś pożytek! Przypominajmy sobie często, codziennie, ową ciężką godzinę i czyńmy wszystko, co jest w naszej mocy, żebyśmy wtenczas znaleźli pomoc i opiekę u Królowej Aniołów i Świętych. Amen.

 

Na podstawie: Ks. A. Pechnik, Kazania i nauki, 1923, s. 271.