Jean Baptiste Massillon (1663-1742), Kazanie o prawdziwości religii (2)

Drodzy Wierni!

Mówiliśmy o braku wiary w prawdy nadprzyrodzone.

2. Tajemnym źródłem niedowiarstwa jest pycha. Jest w niedowiarstwie pewna pożałowania godna osobliwość, schlebiająca rozumowi, który gardzi wiarą powszechną; zdaje mu się wtedy, że on ma w sobie więcej mocy i światła niż reszta ludzi, kiedy śmiał zrzucić jarzmo, które noszą wszyscy, i zaprzeczyć zuchwale temu, co inni czcili aż do jego czasów.

Otóż żeby odebrać niedowiarkowi tę tak przewrotną pociechę, dosyć będzie najpierw udowodnić, że nie ma nic chwalebniejszego dla rozumu jak wiara: zasługuje ona na chwałę ze względu na obietnice, które w sobie zawiera na przyszłość; ze względu na stanowisko, które jej zawdzięcza wierzący w teraźniejszości; a wreszcie ze względu na wielkie wzory, które ona mu daje do naśladowania.

Jest ona chwalebną ze względu na obietnice, które w sobie zawiera. Jakież to są obietnice? – Dziedzictwo synów Bożych, żywot nieśmiertelny z Nim razem, chwalebne zmartwychwstanie naszych ciał, wiekuista radość naszych dusz, uwolnienie od namiętności, uspokojenie naszych serc przez posiadanie prawdziwego Dobra, przeniknięcie naszych umysłów światłem najwyższego Rozumu i uszczęśliwienie ich przez jasne i zawsze trwające poznanie Prawdy. Takie są obietnice wiary: ona nas uczy, że nasz początek jest boski a nasze nadzieje wiekuiste.

Otóż zapytuję was, bracia moi, czy to jest hańbą dla rozumu, gdy wierzy w prawdy, które są tak zaszczytne dla nieśmiertelności jego natury? Jakże to, czy byłoby większą chwałą dla człowieka, gdyby wierzył, że ma tę samą naturę, jaką mają zwierzęta, i oczekiwał tego samego końca? Czyżby niedowiarek wierzył, że więcej robi sobie zaszczytu, wmawiając w siebie, że jest tylko błotem, które zlepił przypadek i przypadek rozprószy, które nie ma ani celu, ani przeznaczenia, ani nadziei, które nie może użyć inaczej swego rozumu i swego ciała, jak tylko pogrążając się na modłę zwierząt w rozkoszach cielesnych? Jakże to! – czyż on by miał lepsze mniemanie o sobie samym, uważając się za jestestwo nieszczęśliwe, które przypadek umieścił na ziemi, które nie oczekuje niczego poza życiem, którego najsłodszą nadzieją jest, że wkrótce zapadnie znowu w nicość, które może tylko w sobie samym znaleźć swoje szczęście, chociaż nic nie znajduje w sobie oprócz niepokoju i tajemnej trwogi? Czyż ta okropna różnica może tak schlebiać pysze niedowiarka? – Wielki Boże! Jakąż to jest chwałą dla Twojej prawdy, że ona ma takich tylko nieprzyjaciół! „Co do mnie”, – mówił niegdyś św. Ambroży do niedowiarków swego czasu (Oratio de resurrectione), „ja chętnie w to wierzę i cieszę się nadzieją spełnienia obietnic tak pocieszających. Człowiek karze sam siebie, kiedy tę wiarę odrzuca. A jeśli w tym błądzę, że wolę po śmierci połączyć się z Aniołami niż z bydlętami, jest to błąd dla mnie miły, i nigdy, póki żyję, nie chcę od niego się uwolnić!”

Jeżeli jednak wiara jest zaszczytną ze względu na obietnice, które w sobie zawiera na przyszłość, trzeba powiedzieć to samo o niej także ze względu na stanowisko, które jej zawdzięcza wierzący w teraźniejszości. Wyobraźcie tu sobie, bracia moi, sprawiedliwego, który żyje z wiary, a przyznacie, że nie ma nic równie wielkiego na ziemi. Jest on panem swoich pragnień i wszystkich poruszeń swojego serca; posiada swą duszę w cierpliwości; trzyma na wodzy wszystkie swoje popędy przez swoją wstrzemięźliwość; jest pokorny w szczęściu, stały w niedoli; pełen radości w cierpieniach; stara się żyć w pokoju z tymi, którzy nienawidzą pokoju; nieczuły na krzywdy, czuły na boleść tych, którzy go obrażają; wierny w swoich obietnicach i w swojej przyjaźni; niezachwiany w swoich obowiązkach; mało troszczy się o bogactwa, którymi gardzi; unika zaszczytów, których się lęka – jest on większy od całego świata, w którym widzi tylko kupę prochu. Jakaż to wielkość, godna podziwu!

Filozofia niszczyła grzechy nie inaczej, jak tylko innymi grzechami. Uczyła dumnie gardzić światem tylko dlatego, żeby pozyskać sobie oklaski świata; szukała więcej sławy mądrości niż samej mądrości. Niszcząc namiętności, wznosiła zawsze na ich gruzach inną, jeszcze bardziej niebezpieczną: mówię o pysze; podobna do owego władcy babilońskiego, który obalił ołtarze bogów na to tylko, żeby na ich szczątkach postawić swój własny posąg, ten potworny kolos pychy, któremu kazał cześć oddawać na całej ziemi.

Ale wiara podnosi sprawiedliwego nawet ponad samą jego cnotę: czyni go jeszcze większym w głębi serca i w oczach Bożych niż w oczach ludzkich. On przebacza bez pychy; nie szuka własnej korzyści, nie wynosząc się z tego; gdy cierpi, nie chce, żeby to widziano; powściąga swoje namiętności, nie spostrzegając sam tego; om sam tylko nie zna chwały i zasługi swoich czynów. Nie spogląda on nigdy z upodobaniem na siebie samego i wstydzi się swoich cnót więcej niż grzesznik swoich występków. Nie pożądając poklasku, ukrywa swoje uczynki dobre, jak gdyby to były uczynki ciemności; pracuje tylko dla Boga, jak gdyby już nie było ludzi na ziemi: co to za wielkość! Znajdźcie, jeżeli możecie, coś większego na całym świecie! Przejrzyjcie wszystkie rodzaje chwały, którymi świat czci próżność ludzką – i zobaczcie, czy wszystkie razem mogą dosięgnąć tej wyżyny, na którą podnosi dobrego człowieka wiara.

Pytam cię więc, drogi mój słuchaczu, czy jest coś bardziej czcigodnego niż to stanowisko? Czy człowiek wydaje ci się większym, godniejszym poszanowania i chwały kiedy jest niewolnikiem nienawiści, mściwości, rozkoszy, żądzy wywyższenia się, zazdrości i tych wszystkich potworów, które kolejno zdobywają panowanie nad jego sercem? Bo czyż wy wiecie dobrze – wy, którzy szczycicie się swoją niewiarą, czym jest niedowiarek? Jest to człowiek bez zasad moralnych, bez uczciwości, bez charakteru; dziecię wyrodne, ponieważ sądzi, że sam tylko przypadek dał mu rodziców; cnota i występek wydają mu się przesądami dziecinnymi, które ludzkość zawdzięcza swojej łatwo-wierności. – Jest to obłęd potworny, którym zaiste nie ma powodu się chlubić.

Zresztą wy przypisujecie swoją niereligijność sile waszego umysłu. Ale idźcie do źródła! Kto was doprowadził do wolnomyślności? – Czy nie zepsucie waszego serca? Czy byłaby wam kiedykolwiek spodobała się bezbożność, gdybyście mogli połączyć religię z waszymi przyjemnościami? Zaczęliście wątpić o pewnej nauce, która krępowała wasze namiętności, i uznaliście ją za błędną od czasu, gdy stała się wam niewygodną. Staraliście się wmówić w siebie to, w co wierzyć leżało w waszym interesie, że wszystko umrze razem z wami, – że kary wieczne są postrachem wychowawczym, – że popędy wam wrodzone nie mogą być zbrodniami, i wszystkie owe zasady wolnomyślne, pochodzące z piekła. Wierzy się łatwo temu, czego się pragnie. Salomon czcił bożyszcza swoich żon cudzoziemek tylko dlatego, żeby się uspokoić co do swej rozwiązłości. Gdyby ludzie nie mieli nigdy namiętności, albo gdyby religia zezwalała na nie, nie byłby nigdy pojawił się na ziemi żaden niedowiarek. Że zaś mówię prawdę, na to macie dowód już w tym, że w chwilach, kiedy w was obudził się wstręt do grzechu, zwracacie się, nie spostrzegając tego, do religii. W chwilach, kiedy wasze namiętności są spokojniejsze, zmniejszają się wasze wątpliwości, oddajecie niejako mimowolnie w głębi waszego serca tajny hołd prawdziwości wiary. Staracie się to uczucie osłabić, ale nie możecie go zgasić. Na pierwszą zapowiedź śmierci podnosicie oczy ku niebu, poznajecie Boga, który was uderzył, rzucacie się na łono waszego Ojca i Stwórcy waszego bytu; drżycie przed przyszłością, w którą chwaliliście się, że nie wierzycie – i upokorzeni pod ręką Wszechmocnego, która gotowa jest spaść na was i zgnieść was jak robaka, pełzającego po ziemi, wyznajecie, że On jest sam jeden wielki, sam jeden mądry, sam jeden nieśmiertelny i że człowiek jest tylko nicością i kłamstwem.

A wreszcie, gdyby tu potrzeba było jeszcze innych dowodów, mógłbym wam pokazać, jak zaszczytną jest wiara dla człowieka ze względu na wielkie wzory, które nam podaje do naśladowania. „Pomnijcie na Abrahama, Izaaka i Jakuba”, mówili niegdyś Żydzi do swoich dzieci. Pomnijcie na ludzi świętych, którzy was poprzedzili, którym wiara tak chlubne dała świadectwo – pisał św. Paweł do wiernych (Żyd 11, 39), przypomniawszy w owym pięknym rozdziale Listu do Żydów ich imiona i najbardziej godne podziwu zdarzenia z ich życia.

Oto chwała wiary chrześcijańskiej: przypomnijcie sobie wszystkich wielkich ludzi, których ona wychowała we wszystkich wiekach; władców tak wspaniałomyślnych, zdobywców tak religijnych, pasterzy tak czcigodnych, filozofów tak oświeconych, badaczy tak cenionych, męczenników tak szlachetnych, pustelników tak pokutujących, dziewice tak czyste i tak stałe, bohaterów w każdym rodzaju cnoty. Filozofia głosiła mądrość pełną szumnej okazałości; ale jej mędrca nie można było znaleźć nigdzie. A tu jaka rzesza niezliczona świadków! Jaki poczet nieprzerwany bohaterów chrześcijańskich, od krwi Abla aż do naszych czasów!

Czyż więc – pytam was – będziecie się wstydzili iść śladami tylu imion wsławionych? Postawcie po jednej stronie wszystkich wielkich ludzi, których religia dała światu we wszystkich wiekach, a z drugiej strony tę garstkę duchów ciemnych i zdjętych rozpaczą, które wydało niedowiarstwo. Czyż uważacie za rzecz chwalebniejszą przyłączyć się do partii drugiej? – obrać sobie za przewodników i za wzory tych ludzi, których nazwiska przypominamy sobie ze zgrozą, – czy Abrahamów, Józefów, Mojżeszów, Dawidów, Apostołów, sprawiedliwych Starego i Nowego Zakonu? „O!” – powiedział św. Hieronim przy innej sposobności, „jeżeli sądzisz, że jestem w błędzie, pozwól mi, proszę, błądzić razem z takimi!”

Tu jednak pozwólcie, bracia moi, że pozostawię na chwilę niedowiarków a zwrócę się do was. Niedowiarstwo, jawnie wyznawane, jest może między nami rzadkim występkiem, – ale równie rzadką jest prostota wiary. Niejeden lękałby się wyrzec religii swoich ojców, – ale lubi roztrząsać ich wierzenia. Nie pozwala sobie na wyraźne powątpiewanie o treści tajemnic, ale poddaje się im na modłę filozofów, uznając jedne za zgodne z rozumem, a inne oceniając według własnego zapatrywania. I oto nasz wiek jest pełny owych na pół wierzących, którzy – pod pozorem, że chcą religię oczyścić ze wszystkiego, co łatwowierność albo przesądy mogły do niej dodać – odbierają wierze całą zasługę poddania się powadze Objawienia.

O tym jednak, co święte, powinniście, bracia moi, mówić tylko z religijną oględnością. Wiara jest cnotą tak prawie czułą jak wstydliwość; jedno już powątpiewanie, jedno słowo ją rani; jedno tchnienie, że tak rzekę, już ją zaciemnia. A przecież jakież to zdania pozwalają sobie dzisiaj – niestety – wypowiadać ludzie w swoich rozmowach o tym, co wiara naszych ojców ma najczcigodniejszego! W Starym Testamencie nie wolno było ludziom nawet wymawiać strasznego Imienia Pańskiego; – a dzisiaj to, co religia ma najwznioślejszego, stało się przedmiotem pogadanek światowych; mówi się tam o wszystkim, rozstrzyga się wszystko. Ludzie próżni, powierzchowni, posiadający – zamiast wiedzy religijnej – tylko trochę więcej zuchwałości od nieuków i gminny – znający tylko owe wątpliwości oklepane, które już tyle razy wyjaśniono i które zdają się jeszcze jedynie na to utrzymywać, aby uczynić zaszczyt prawdzie; – ludzie, którzy żyjąc w ciągłym rozprószeniu, nigdy nie obrócili ani jednej godziny na poważne zastanowienie się nad prawdami religii, wyrokują śmiało o rzeczach, które mogłyby tylko z trudnością rozjaśnić badania całego życia, wspomagane światłem wiedzy i pobożnością. Nawet osoby należące do płci, której powinno by się nieznajomość pewnych spraw poczytywać za zasługę, która powinna przynajmniej przez wzgląd na przyzwoitość udawać, że ich nie zna; – osoby, które lepiej znają świat niż Jezusa Chrystusa, które nie umieją nawet tego z religii, co byłoby im potrzebne dla wprowadzenia porządku w ich obyczaje, przywodzą trudności, żądają wyjaśnień, powątpiewają o wszystkim – tylko nie o swojej nędzy i o oczywistych zboczeniach swojego życia! O Boże! Tak Ty dopuszczasz, że grzesznicy gubią się w swoich próżnych myślach, i że ci, którzy chcą zbyt jasno poznawać Twoje tajniki godne uwielbienia, nie poznają siebie samych!

A więc, jak widzieliście, wiara jest zaszczytną dla człowieka; – teraz mamy jeszcze wykazać, że jest dla niego niezbędną.

 

3. Niezbędność wiary jest z pośród wszystkich jej znamion tym, które odbiera niedowiarkowi wszelkie wymówki. Wszystkie inne pobudki, które się przytacza, aby go sprowadzić z powrotem do prawdy, są dla niego, że tak powiemy, czymś obcym; ta zaś jest wzięta z jego własnego grantu – chcę powiedzieć: z samego charakteru jego rozumu.

Otóż wiara jest bezwzględnie konieczna człowiekowi na ciemnych drogach tego życia, bo jego rozum jest słaby i trzeba go wesprzeć; bo jest zepsuty i trzeba go wyleczyć; bo jest zmienny, tylko wiara może go wesprzeć i oświecić. Ona jedna jest dla niego lekarstwem, ona jedna może go powściągać i ustalić.

Mówię, po pierwsze, że rozum ludzki jest słaby i potrzebuje pomocy. My nie znamy – niestety – ani siebie samych, ani tego wszystkiego, co jest zewnątrz nas. Nie wiemy, w jaki sposób powstaliśmy, jak utworzył się ustrój naszego ciała, jakie to niezliczone sprężyny wprawiają w ruch całą tę machinę. „Nie wiem – mówiła niegdyś owa sławną matka Machabeuszów do swoich synów – jakoście się w żywocie moim ukazali, bo nie ja ducha i duszę wam darowałam i żywot i każdego członki nie ja sama spoiłam, – ale Stworzyciel świata, który sprawił człowiecze narodzenie” (2 Mach 7, 22n). Już to nasze ciało jest pełne tajemnic, w których gubi się duch ludzki i których nigdy nie potrafi zgłębić; tylko Ten je zna, który je stworzył i dał mu życie.

Nie jest nam także znane to tchnienie Bóstwa, które nas ożywia, ta część naszego jestestwa, która nas czyni zdolnymi do poznawania i miłowania. Nie wiemy, jak tworzą się jej pragnienia, jej obawy, jej nadzieje, jej wyobrażenia i myśli. Nikt dotąd nie mógł pojąć, jak to jestestwo duchowe, tak oddalone przez swą naturę od materii, mogło być z nią połączone takimi węzłami, że te dwie substancje tworzą jedną całość, i że przyjemności i cierpienia jednej musi podzielać i druga. Jesteśmy więc tajemnicą dla siebie samych, jak mówi św. Augustyn, – i o samej tej próżnej ciekawości, która chce wszystko poznać, trudno by nam było powiedzieć, czym ona jest i jak powstała w naszej duszy.

I zewnątrz siebie znajdujemy same tylko zagadki; żyjemy na ziemi jak obcy przechodnie i wśród przedmiotów, których nie znamy. Przyroda jest dla człowieka księgą zamkniętą, i Stwórca rozpostarł nad tą przepaścią ciemności, dla upokorzenia, jak się zdaje, pychy ludzkiej. Wznieś oczy, człowiecze, spojrzyj na te wielkie ciała świetlane, które są zawieszone nad twoją głową i płyną niejako w tych przestworzach niezmierzonych, gdzie gubi się twój rozum! Czy możesz pojąć ich naturę i owe siły, kierujące ich ruchem? Wiemy dziś o nich więcej, niż wiedziano dawniej, ale czymże to jest w porównaniu z tym, czego jeszcze nie wiemy?

Zejdź znowu na ziemię i powiedz nam, jeżeli możesz, kto trzyma wiatry w miejscach, gdzie są zamknięte, – kto kieruje biegiem piorunów i burz, co powstrzymuje gwałtowność fal morskich, co czyni ich poruszenia tak przedziwnie prawidłowymi? Spróbuj nam wyjaśnić zdumiewające siły roślin, metali, żywiołów; zbadaj, jakim sposobem złoto oczyszcza się we wnętrznościach ziemi; odsłoń sztuczną budowę owadów, które pełzają przed naszymi oczyma; wytłumacz różne instynkty zwierząt. Rozejrzyj się na wszystkie strony – a wszędzie napotkasz w przyrodzie same tylko zagadki. O człowiecze! ty nie znasz rzeczy, które masz przed sobą, a chcesz jasno poznawać wiekuiste głębie wiary! Natura jest dla ciebie tajemnicą, a chciałbyś, żeby ich wcale nie było w religii! Nie znasz tajników człowieka, a chciałbyś przeniknąć tajniki Boże? Nie znasz siebie samego, a chciałbyś zrozumieć to, co jest tak wysoko nad tobą! Świat, który Bóg pozostawił twojej ciekawości i twojemu rozprawianiu, jest przepaścią, w której się gubisz, a chcesz, żeby tajemnice wiary, o których Objawienie miało cię pouczyć i które ci kazał ze czcią przyjmować, nie zawierały w sobie nic, czego by nie mogło rozjaśnić słabe twoje światło? – Jakież to błędne pojmowanie rzeczy! Gdyby wszystko było jasne poza religią, mógłbyś z pewnym przynajmniej pozorem słuszności czynić jej zarzut z tego, co w niej jest ciemne. Ponieważ zaś wszystko w samym świecie zewnętrznym jest dla ciebie niezrozumiałe, więc „tajemnica Boża – mówi św. Augustyn – powinna cię czynić uważniejszym, nie zaś niedowiarkiem” (Tract. 28 in Joan.).

A więc konieczność wiary opiera się na pierwszym miejscu na słabości naszego rozumu; ale nadto opiera się na jego zepsuciu. Cóż było bardziej naturalnym dla człowieka jak poznanie Boga, Twórcy jego bytu i jego szczęśliwości, jego początku i końca, – jak uwielbianie Jego mądrości, Jego potęgi, Jego dobroci i wszystkich doskonałości; których ślady są tak wyraźnie wyryte w dziełach Bożych? A jednak cofnijcie się tylko myślą w owe wieki ciemności i zabobonu, które poprzedziły Ewangelię, a zobaczycie, jak dalece człowiek poniżył swojego Stwórcę i do czego uczynił Go podobnymi. Nie było nic tak podłego wśród stworzeń, z czego by sobie nie uczynił bogów, a bóstwem najszlachetniejszym, które-mu człowiek cześć oddawał – był człowiek.

Jeżeli od religii przejdziecie do moralności – wszystkie zasady sprawiedliwości naturalnej były zatarte, i człowiek nie miał już zapisanego w swoim sercu tego prawa, które w nim wyryła przyroda. Platon, ten myśliciel tak mądry, który według św. Augustyna tak bardzo zbliżył się do prawdy, chciał przecież zniweczyć instytucję małżeństwa i dać światu ludzi, którzy by nie znali miłości rodzinnej ani uczuć ludzkich (Państwo).

Inni głosili, że najwyższym dobrem jest rozkosz, i jakakolwiek mogła być myśl pierwszego założyciela tej sekty, jest rzeczą pewną, że jego uczniowie nie szukali innej szczęśliwości prócz tej, której zażywają zwierzęta. Najsromotniejsza rozwiązłość stała się zasadą filozoficzną, Rzym, Ateny, Korynt oglądały występki, w których szuka się człowieka w człowieku samym. Ale nie dosyć na tym: najwstrętniejsze występki były tam uświęcone, stawiano im świątynie i ołtarze. Bezwstyd, kazirodztwo, okrucieństwo, chytrość zdradziecką i jeszcze haniebniejsze zbrodnie czczono tam jako bożyszcza rozpustą i nierządem publicznym, a nie byli to ludzie z gminu, ale także mędrcy i filozofowie, którzy, jak mówi Apostoł (Rz 1, 21), „znikczemnieli w myślach swoich i zaćmione jest bezrozumne serce ich”. O Boże! Dopuszczając, żeby mądrość ludzka popadła w zboczenia tak potworne, chciałeś pouczyć człowieka, że sam rozum, pozostawiony własnym ciemnościom, jest zdolny do wszystkiego i że on nie potrafi sam sobie być przewodnikiem, jeżeli nie ma runąć w przepaść, z której może go wydobyć tylko Twoja wiara i Twoje światło!

A wreszcie, jeżeli zepsucie rozumu sprawia, że odczuwamy potrzebę jakiegoś środka, który by go uleczył – jego niestałość i zmienność poucza również człowieka, że nie może się obejść bez jakiejś wodzy, która by powściągała jego rozum, bez jakiejś regały, która by go ustaliła. Ileż to próżnych sporów, ile zagadnień nierozwiązanych, jaka rozmaitość zapatrywań rozdzielała szkoły filozofii pogańskiej! A nie sądźcie, że spory te odnosiły się tylko do rzeczy, które Bóg pozostawił swobodnemu badaniu człowieka – głoszono bowiem zdania różne i sprzeczne o naturze samego Boga, o Jego istnieniu, o nieśmiertelności duszy, o szczęśliwości prawdziwej.

Jedni wątpili o wszystkim, inni myśleli, że wiedzą wszystko. Jedni nie chcieli Boga wcale, drudzy wyobrażali Go sobie na własną modłę, a mianowicie według niektórych miał On przyglądać się bezczynnie i obojętnie sprawom ludzkim i pozostawiać spokojnie przypadkowi kierownictwo własnego dzieła, jako rzecz niegodną Jego wielkości i nie dającą się pogodzić z Jego spokojem. Według innych miał On być niewolnikiem przeznaczenia i podlegać prawom, których sam sobie nie ustanowił; inni znowu widzieli w Nim duszę wszechświata. Ale nie mogę tu przytaczać wszystkich tych urojeń. Ile szkół, tyle różnych nauk o Bogu! Ile wieków, tyle nowych poglądów na naturę i nieśmiertelność duszy. Tu była ona zbiorem atomów; tam ogniem subtelnym; gdzie indziej powietrzem; w innej znowu szkole cząstką Bóstwa. Jedni kazali jej umierać razem z ciałem, drudzy żyć przed ciałem; inni znowu twierdzili, że ona przechodzi z jednego ciała w drugie, z ludzkiego do zwierzęcego. Byli tacy, którzy uczyli, że prawdziwe szczęście człowieka jest w zmysłach; większość upatrywała je w rozumie, inni tylko w sławie; wielu zaś w bezczynności i obojętności. Najbardziej zaś pożałowania godną rzeczą było, że istnienie Boga, Jego natura, nieśmiertelność duszy, cel i szczęśliwość człowieka – że te prawdy dla niego najważniejsze i stanowiące o jego szczęściu lub nieszczęściu wiekuistym, stały się zagadnieniami, którymi zabawiała się próżność sofistów. Rozprawiając o nich, nie starano się dociec prawdy, ale chodziło tylko o chwałę zwycięstwa.

Jeżeli zaś przejdziemy do wieków chrześcijańskich, ileżby potrzeba czasu, żeby wymienić wszystkie owe rozmaite sekty, które zrywały jedność Kościoła, zwiedzione naukami błędnymi. Jakież to niedorzeczności głosili gnostycy, walentynianie, zwolennicy fanatyka Montana, manicheusze! Przejdźcie jeden wiek po drugim: ponieważ trzeba koniecznie, żeby były herezje dla doświadczenia sprawiedliwych, więc znajdziecie je w każdym stuleciu. Przypomnijcie sobie tylko smutne spory religijne wieku ostatniego. Od czasu odłączenia się naszych braci – jak potworna rozmaitość w ich naukach! Ile sekt zrodziło się z jednej sekty! Każdy tam jest dla siebie samego prawodawcą i sędzią, a religią panującą jest, że tak powiem, brak religii.

O wiaro, o światło Boskie, które rozjaśniasz ciemności, jakże więc jesteś dla człowieka niezbędną! O reguło nieomylna, która zstąpiłaś z nieba i powierzona jesteś Oblubienicy Jezusa Chrystusa. Zawsze ta sama we wszystkich wiekach, zawsze niezależna od miejsc, czasów, narodów, interesów, jakże nieodzowna zachodzi potrzeba, żebyś ty trzymała na wodzy zmieniające się ciągle pomysły ducha ludzkiego! O słupie ognisty, tak ciemny, a zarazem świetlany, ty prowadź zawsze lud Pański wśród niebezpieczeństw pustyni i skał i pokus i po drogach nieznanych tego żywota!

A dla was, bracia moi, jakąż naukę mam wyciągnąć z tej mowy i co wam mógłbym powiedzieć na za-kończenie? Mówicie, że macie wiarę; okażcie ją w swoich uczynkach! Cóż wam pomoże wiara, jeżeli jej kłam zadadzą wasze obyczaje? Ewangelia jest więcej jeszcze religią serca niż umysłu. Wiara, która nas czyni chrześcijanami, nie jest samem tylko poddaniem się rozumu; jest to pobożna tkliwość duszy; jest to ciągłe pragnienie, żeby się stać podobnym do Jezusa Chrystusa; jest to praca nieznużona nad sobą, usuwająca wszystko, co w nas sprzeciwia się życiu z wiary. Jest niedowiarstwo serca, równio niebezpieczne dla zbawienia jak niedowiarstwo umysłu. Człowiek, który nie chce wierzyć, poznawszy wszystkie dowody religii, jest potworem, budzącym zgrozę; ale chrześcijanin, który wierzy, a żyje tak, jak gdyby nie wierzył, okazuje nierozum, który nie da się wytłumaczyć: tamten potępia się, jak człowiek, który zwątpił o wszystkim; ten zaś, jak człowiek głupi i niedołężny, który daje się spokojnie unosić falom, a myśli że tym sposobem może się zbawić! Dowiedźcie więc bracia moi, wiary waszej dobrymi uczynkami; a jeżeli was dreszczem przejmuje samo imię bezbożnika, drżyjcie tak samo przed sobą samymi, bo wiara nas uczy, że los złego chrześcijanina nie będzie się różnił od losu tamtego i że Pan „część jego z niewiernymi położy” (Łk 12, 46)! Niech wasze życie zgadza się z waszą wiarą: oto jest wiara sprawiedliwych i jedyna, której są dane wieczne obietnice! Amen.

 

A. Pechnik, Kazania i nauki, 1923, s. 10.