Niedziela Palmowa, 28.03.2010

Wstępując razem z Jezusem w dzisiejszą niedzielę do Jerozolimy, przeżywamy razem z Nim dwa uczucia: radość i smutek. Radość ze względu na wiwatujące tłumy, które śpiewały pod Jego adresem: „Hosanna Synowi Dawida, błogosławiony ten, kto przychodzi w imię Pańskie” (Mt 21, 9). Smutek ze względu na czekającą Go mękę. Wyraził go Jezus w Ogrojcu słowami: „Smutna jest dusza moja aż do śmierci (Mt 26, 38). Jezus jako człowiek przeżywał te same uczucia, które i my dziś przeżywamy. Żadne z nich nie odsunęło od Niego myśli, że i przez radości i przez smutki pragnie zbawić świat. Spójrzmy jak to wszystko przebiegało w Jego życiu. Jak to życie czyniło bogatym i godnym naśladowania.

Jezus często i bardzo się radował. Radował się już wtedy, gdy przyszedł na świat. Już wtedy aniołowie wyśpiewali na jego cześć hymn uwielbienia: „Chwała na wysokościach Bogu, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania” (Łk 2, 14). Radował się, kiedy podczas Jego publicznego nauczania cisnęły się do Niego dzieci, a On brał je na ramiona i pełen radości powtarzał: „Dopuście dzieciom przyjść do mnie i nie zabraniajcie im, bo takich jest królestwo niebieskie” (Mt 19, 14). Radował się, gdy syn marnotrawny wracał do ojca, a ten otwierał swe ramiona i ojcowską radością tulił go do serca i obdarzał pocałunkami. Radował się z odnalezionej zgubionej owieczki, tj. odnalezionego grzesznika i mówił, że: „większa będzie radość w niebie nad jednym grzesznikiem pokutą czyniącym, niż nad dziewięćdziesięciu dziewięciu, którzy nie potrzebują pokuty” (Łk 15, 7). Cieszył się Jezus bardzo, kiedy nawracał się celnik Lewi, późniejszy św. Mateusz, albo gdy przyszedł do niego inny celnik Zacheusz. Ileż radości sprawiła Jezusowi nawracająca się jawnogrzesznica, której Jezus przebaczył wszystkie grzechy, bo bardzo miłowała (Łk 7, 47). Kończąc swoje kazanie na górze Ośmiu Błogosławieństw, jakby podsumowując wszystko co wcześniej w życiu powiedział, odezwał się wezwaniem do ludu: „Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda obfita jest w niebie” (Mt 5, 12).

Ale radość Jezusa osiągnęła swój punkt szczytowy w dzisiejszą niedzielę, kiedy rozradowane tłumy wypowiadają pod Jego adresem słyszane już dziś słowa „Hosanna Synowi Dawidowemu, błogosławiony, który idzie w imię Pańskie” (Mt 21, 9).

Czy my, słuchając dziś tego, wszystkie radujemy się razem z Jezusem? Czy cieszymy się, gdy cieszy się Jego serce? Postawmy sobie dziś te pytania, one nie są retorycznymi pytaniami. One są bardzo potrzebne, gdy przed nami jest wizja bolesnej męki Jezusa. Jest Jego śmierć, która niesie nam zbawienie.

Ale Jezus nie tylko się radował. Jezus także podczas swojego życia ziemskiego często się smucił. Gdy stanął na Górze Oliwnej, oglądał swoje wspaniałe święte miasto i swoim boskim wzrokiem przewidywał jego zburzenie, płakał. Wtedy z głębi swego zasmuconego serca wypowiadał pełne bólu słowa: „Jeruzalem, Jeruzalem ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swe pisklęta pod swoje skrzydła a nie chcieliście” (Łk 13, 34). Jezus płakał z powodu grzechów ludzkich, ludzkiej niewdzięczności i nieuczciwości.

Ale smutek Jego osiągnął już swój punkt szczytowy, gdy po Ostatniej Wieczerzy poszedł na Górę Oliwną i tam podczas modlitwy przed Jego oczyma przesunęła się wizja wszystkich grzechów całego świata. Widząc to morze ludzkiej nieuczciwości i ludzkich grzechów „zaczął się smucić, odczuwać trwogą… i rzekł: smutna jest dusza moja aż do śmierci” (Mt 26, 37n). Po tej wizji Jezus zabrał ze sobą wszystkie grzechy ludzkie i poszedł obciążony nimi aż na Golgotę. Poszedł na krzyż, świadomy tej rzeczywistości, że tylko w ten sposób może przemienić swój smutek w radość, jaką niesie ze sobą świadomość Bożego miłosierdzia.

Jezus smucił się nie tylko z powodu grzechów ludzkich, ale jeszcze z powodu osamotnienia. Opuścili Go wszyscy, nawet umiłowani uczniowie, na których tak liczył i po których wiele się spodziewał. Dlatego, kiedy przyszedł do nich i zastał ich śpiących, z bólem serca odezwał się do nich: „To tak, to jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną. Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie” (Mt 26, 40n). Smutek Jezusa, który rozważamy dziś, w niedzielę Palmową, nasuwa nam wiele refleksji. Przede wszystkim zmusza nas do jednego: byśmy otarli dziś łzy zasmuconemu Jezusowi, byśmy Go pocieszyli i podziękowali Mu za to, że za nas i dla nas się zasmucił; byśmy mogli nie za długo przeżywać radość Jego zmartwychwstania i jego zwycięstwa nad ludzką słabością i niewdzięcznością.

Ale Jezus smucił się nie tylko z powodu swej męki. On smucił się dlatego, bo oczyma swej duszy widział przyszłe czasy. Widział świat, rozbite i skłócone społeczeństwa, widział tych ludzi, którzy zamiast żyć przyniesioną na świat przez Niego miłością, siali wokoło siebie nienawiść i pogardę dla drugiego człowieka. Dlatego było Mu smutno. Pocieszmy dziś, w ten ostatni tydzień męki, zbolałe serce Jezusa. A każdy z nas, na swój sposób i według swoich możliwości, niech będzie dla niego Weroniką lub Cyrenejczykiem. Amen.

Ks.E.N.